Przeskocz do treści

Przyjaciele domu. Sztuka wychowania w polskich rodzinach.

Dom katolickiej rodziny jest niczym gniazdo utkane z najczulszych starań matki i ojca, najbardziej przemyślanych decyzji rodzinnej strategii, w którym myśli się o przyszłości, obserwując uważnie własne dzieci. Zastanawia się nad ich predyspozycjami, możliwościami, talentami…Edukowanie dzieci w domach rodzinnych w Polsce przez cale stulecia było najbardziej naturalnym, oczywistym i najskuteczniejszym sposobem przekazywania wiedzy, gwarancją dobrego wychowania. Nie budziło sensacji — tak jak ma to miejsce dziś, ani podejrzeń („o co tym rodzicom chodzi, co im się nie podoba?”). Rodzice nie dawali sobie jeszcze wmówić, że istnieją osoby z definicji bardziej niż oni sami odpowiedzialne za rozwój ich dzieci. Nie zbijano ich z tropu pseudonaukowymi mądrościami i nie demoralizowano sloganami typu: „będzie się lepiej rozwijało”, „w domu same nudy”, „wy, rodzice, nie macie o pedagogice zielonego pojęcia” itp. Ani też nie wbijano im do głowy maksymy, że „wychować na dobrego obywatela” (dziś: na „wzorowego konsumenta”, ,„idealny trybik w maszynie”) może tylko szkoła państwowa, a ich, rodziców, obowiązkiem jest słuchać i nie dyskutować.
Jak więc wyglądało wychowanie dzieci i młodzieży, pod czujnym okiem rodziców, w tym najodpowiedniejszym i jedynym miejscu formowania dojrzałych charakterów i pełnych osobowości, jakim jest dom rodzinny?

 

Józefa i Jerzy Hutten-Czapscy z dziećmi

Niania, czyli ktoś do kochania

Naczelną zasadą kultury, jaką wpajano dzieciom w katolickich domach sfery ziemiańskiej, była uprzejmość wobec człowieka każdego stanu. A zatem uśmiech dla wszystkich, nieokazywanie jakiejkolwiek wyższości, zniechęcenia, czy znudzenia — zarówno wobec osób bardzo leciwych, trudnego usposobienia czy niższego stanu. Także pracowników dworu. Tego uczyło obcowanie od dzieciństwa z ludźmi o wysokiej kulturze, kontakt z dziełami sztuki oraz unikanie trywialnych rozrywek i wszelkiej wulgarności w sposobie bycia1. Stąd tak wielka troska polskich rodziców, by nauczyciele i opiekunowie ich dzieci byli ludźmi o nienagannej postawie moralnej. Domy ziemiańskie stawiały im wysokie wymagania.
Pierwsza niania w rodzinie Żółtowskich z Czacza w Wielkopolsce pochodziła z chłopskiej rodziny, gdzie nie wolno było kląć i palić papierosów, była też obdarzona naturalnym talentem pedagogicznym.
Eustachy Sapieha wspomina swoją nianię i zarazem pierwszą domową nauczycielkę, zwaną „Miską” (od ang. miss, ‘panna’ — uwaga red.): „Miska była nam trzecim rodzicem i mimo że trzymała nas krótko i wychowywała ostro, psuła nas jednocześnie, bo nas kochała całym swym ogromnym sercem (…). Miska była wykształcona dużo lepiej niż tego wymagała praca nursy [niani]. Mówiła płynnie po francusku i niemiecku (ale ze strasznym angielskim akcentem), ale była też zupełnie dobrze oczytana. Bardzo wierząca i praktykująca katoliczka, nie była dewotką i nie zanudzała nas, jak to się czasem zdarza, pobożnością, ale dała nam to, co się nazywa katolickim wychowaniem. (…) Takiego sense of humour (‘poczucia humoru’) nigdy u nikogo nie widziałem i tego nas, prawdę powiedziawszy, nauczyła. Śmialiśmy się z nią codziennie, wszędzie i zawsze. Miała dwie życiowe pasje: kwiaty i muzykę. Uczyła nas gry na fortepianie. Podczas lekcji siedziała obok z pałeczką, którą dawała nam po palcach, jeśli robiliśmy jakiś błąd. Ta sama pałeczka była w użyciu przy stole”2.
„Pepunia”, pierwsza niania małych Karśnickich z Karszewa, była miłośniczką książek i „umiłowanie to wszczepiła w całą naszą czwórkę. Jej zawdzięczamy pierwsze spotkanie z Trylogią Sienkiewicza, którą przeczytała nam w całości w trakcie spacerów po alei grabowej”. Z kolei ich pierwsza nauczycielka francuskiego preferowała sposób poznawania tego języka wśród zabawy. Był to system nadzwyczaj skuteczny; gdy młodzież karszewska trafiła do gimnazjum, nikt z francuskim nie miał problemów. Panna Irena Romantowska, kolejna nauczycielka dzieci Karśnickich i późniejsza ich oddana opiekunka, gdy w czasie wojny utraciły rodziców, „chętnie grała z nami w serso, jeździła konno i na rowerze, powoziła zaprzęgiem, malowała kwiaty z natury i reprodukcje krajobrazów”. Udzielała się społecznie i z zamiłowaniem uczestniczyła w organizowanych przez dom przedstawieniach i żywych obrazach. Autorka wspomnień zawdzięcza jej „rozkochanie się w łacinie, trwające po dzień dzisiejszy”3.
Student prawa, który uczył dwunastoletniego Michała Żółtowskiego łaciny, był człowiekiem umiejącym wymagać w sposób atrakcyjny i miał gruntowną wiedzę ze wszystkich dziedzin. „Wkrótce stał się moim ideałem, przedmiotem miłości i podziwu”.

Kochaj światło na murze splendor nieba…4

Polscy rodzice okresu zaborów traktowali nauczanie domowe jako pierwszą linię frontu w batalii o duchową wolność swoich dzieci. Stąd troska o dobór nauczycieli oraz o atmosferę domu, która sama w sobie kształtowała charakter, umysł, wrażliwość dziecka. Jak najmniej rutyny, jak najwięcej nauki myślenia i dużo serca — tak brzmiała niepisana zasada wielu domów polskich o ambicjach wychowania dzieci na dobrych Polaków i katolików. Podążano tu nieomylnie śladami św. Jana Bosco.
O tym, że dom jest najlepszym miejscem wychowania i wykształcenia dziewcząt, pisał jeszcze w 1803 r. Hugo Kołłątaj, autorytet pedagogiczny swojej epoki: „(…) edukacja prywatna nierównie jest pożyteczniejsza i naturalniejsza, gdy ją przyrównać chcemy do potrzeb wychowania kobiet. Każda matka jest najlepszą i najpierwszą mistrzynią swoich córek. Dom rodziców i całe gospodarstwo jest najprzyzwoitszą dla nich szkołą, (…) aby oderwane na czas edukacyi nie odwykły od życia domowego, aby się niem nie nudziły, będąc zwłaszcza przeznaczone iść za losem swych mężów”.
„Za szczególnie niebezpieczne autor uważał wychowanie panien w wielkim mieście, nie tylko na pensjach prywatnych, ale i w klasztorach” — pisze Kalina Bartnicka5.
W drugiej połowie XIX wieku w prasie warszawskiej nie były rzadkością ogłoszenia dawane przez matki o tym, że „poszukują dziewczynki” (w określonym wieku) „do wspólnej z córką nauki w domu”.
W organizację i przebieg nauczania domowego z reguły bardziej angażowały się matki, choć zdarzali się wyjątkowi ojcowie, jak Stanisław Kostka Zamoyski czy ojciec Zofii Szymanowskiej, siostry wybitnego kompozytora: „Wiele czasu — wspomina ona — poświęcał papa wychowaniu i kształceniu dzieci. Był pełen młodości i życia. Uczył się z dziećmi i bawił z nimi. Urządzano nieraz teatry amatorskie, w których papa brał czynny udział i był jednym z lepszych aktorów. Pod opieką i kierownictwem papy nauka przychodziła dzieciom z łatwością. Na każde dziecinne zapytanie odpowiadał z namysłem i powagą, przy czym rzecz ujmował głęboko i rozstrzygał najrozumniej. Nienawidził samochwalstwa, głupoty i zarozumiałości. Był pełen prostoty”.

W poszukiwaniu mistrza

W czasie domowej nauki Konstantego M. Górskiego, przyszłego wybitnego historyka literatury i malarstwa, zatrudniono Floriana Łagowskiego, „wyjątkowej szlachetności człowieka”, jak pisała o nim Maria Górska. Łagowski, dobry znajomy Sienkiewicza, Prusa, Deotymy, Dygasińskiego, „podsycał zainteresowanie swych uczniów literaturą romantyczną, uodparniając ich na ducha epoki i na oddziaływanie rosyjskiej szkoły”. Odchodząc z dworu Górskich w Woli Pękoszewskiej, gdy musiał zająć się pracą naukową, zaproponował na swoje miejsce 25-letniego młodzieńca, niedawnego powstańca styczniowego, Trybunalskiego. Ten młody człowiek zdobywał wykształcenie samodzielnie, odsiadując czteroletni wyrok w Cytadeli warszawskiej obłożony książkami, potem zaś pracował jako zesłaniec w kopalni złota na Syberii. Mimo pewnych trudności, związanych z jego złym stanem zdrowia, młody nauczyciel zyskał sympatię całej rodziny, był bowiem człowiekiem prawym, uczciwym i szlachetnym.
Przygotowanie do nauki w gimnazjum także w przypadku młodych Sapiehów odbywało się w rodzinnym gronie, we Lwowie: „Codziennie, pod nadzorem dwóch korepetytorów, z Jankiem i Stachem Dzieduszyckimi, uczyliśmy się zawiłych nauk na poziomie pierwszej klasy gimnazjalnej. Były to najprzyjemniejsze studia w moim życiu. Wujostwo Dzieduszyccy, będąc rodzicami trzynastu pociech, umieli być najmilszymi wychowawcami i opiekunami całej tej czeredy, do której mnie włączyli bez najmniejszej trudności i zróżnicowania. Pałac na Kurkowej był miejscem miłym, ciepłym, o szczególnym charakterze. Dzieduszyccy mieli głęboką religijność, miłość natury po dziadku, znanym założycielu muzeum przyrodniczego we Lwowie, wysoką kulturę i brak jakiejkolwiek postawy klasowej. Wuj Włodek (…) miał bezgraniczną wiarę w ludzi i w swej dobroci nie potrafił sobie nawet wyobrazić, że ktoś mógł go oszukiwać czy wprost okradać, co różni jego kontrahenci w interesach leśnych bez wyjątku robili. Ciocia Wandzia, siostra Taty, była naszą ukochaną ciotką. Mała, cichutka, mądra, chodząca dobroć, uważała mnie za syna (…). Rzecz, którą pamiętam, to oryginalna seria Lituanii Grottgera, której sens tłumaczyli mi wujostwo, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Z ciekawostek były świstające myszy przywiezione zdaje się z Chin przez dziadka oraz dużo skamieniałych przed tysiącami lat pni drzew, też przez tego dziadka skądś przytaskanych”6.
To nie przypadek, że młody Eustachy Sapieha oddany został pod rodzinną kuratelę takich właśnie ludzi. Rodzice poszukiwali nie tyle specjalistów, co ludzi prawych, osobowości, które stwarzają klimat bezpieczeństwa, zaufania, szczerości. Nie brakowało wówczas wśród zawodowych guwernerów przyszłych wielkości. Nauczycielami domowymi — z wyboru, ale też i poniekąd z konieczności — byli Henryk Sienkiewicz, Stefan Żeromski czy Adolf Dygasiński. Rodzice Konstantego Górskiego postanowili edukować syna w Krakowie — z powodu piętna carskiego reżimu na wszystkich szkołach w Kongresówce. Na nauczyciela syna wybrali profesora Hugona Zatheya. Był on miłośnikiem kultury antycznej, znawcą dzieł Goethego i Mickiewicza i dyrektorem C.K. Wyższej Szkoły Realnej (redagował także „Przegląd Polski”), ale przede wszystkim, jak wspomina K. Górski, był człowiekiem, „który miał mnie wiele nauczyć, wiele dać miłości, nieraz swe serce przede mną otworzyć, którego miałem pokochać, uszanować, chcieć być mu podobnym”.
Nie wiadomo, czy to szczęście do ludzi, czy też klimat tamtego czasu, gdy młodzież otaczana była przez dorosłych uważną, pełną namysłu nad ich rzeczywistymi potrzebami troską, sprawił, że kilkunastoletni Konstanty zaprzyjaźnił się także z innymi pedagogami.
„Jakże inaczej, wcale nie po mentorsku, odnosili się do Kocia [Konstantego Górskiego] nauczyciele gimnazjalni, profesorowie uniwersyteccy — oprócz Zatheya także Czubek, Tarnowski — ludzie zainteresowani historią, kulturą, sztuką. Ci cenili inteligencję i zapał młodego Górskiego, chętnie wciągali go w rozmowę, wprowadzali w arkana warsztatu naukowego, zachęcali do podejmowania samodzielnych prac” — pisze Irena Szypowska7.
Talent pedagogiczny prywatnego nauczyciela Wacława Iwanowskiego rozniósł się szerokim echem wśród kilku rodzin arystokratycznych na początku XX wieku. Matki uradziły, że wyślą swoich dorastających synów do państwowego gimnazjum w Pszczynie, a pan Wacław poprowadzi dla nich prywatny internat i będzie ich wychowawcą.
„Profesor Iwanowski (Wacio) trzymał wszystko żelazną ręką i był przez wychowanków ogromnie lubiany — wspomina Eustachy Sapieha. — Pana Wacława wszyscy profesorowie bardzo szanowali i trochę się bali. Na najmniejsze ujemne ich uwagi o nas Wacio odpowiadał atakiem prawie fizycznym. Walczył o nas jak lew, ale też po powrocie z takiej wyprawy ratunkowej dawał nam szkołę, kiedy nikt z zewnątrz nie mógł słyszeć. Poza wojskiem, takiego wyklinania nigdy nie słyszałem, litanie rozpoczynały się mniej więcej od zas… arystokratów, zgniłych nierobów i tak dalej, nie zmieniało to jednak naszego ogromnego szacunku i przywiązania do tego bardzo dobrego człowieka”.

Niepowtarzalny styl polskiego domu

Jako jeden z priorytetów wychowania i edukacji domowej, Michał Żółtowski podkreśla kult prawdy. W swoim tomie wspomnień podkreśla, że tym, co okazało się decydujące dla jego późniejszej dojrzałości, nie były wykłady nauczycieli starannie dobranych przez dom czy kontakt z niejedną ciekawą osobowością, lecz atmosfera domu. Styl życia nadawany przez rodziców. Przez ojca, Jana Żółtowskiego, prawnika, działacza niepodległościowego i ziemiańskiego, oraz matkę, Ludwikę z Ostrowskich, wykształconą w Paryżu w Akademii Sztuk Pięknych, artystkę i wyjątkowo wrażliwą społeczniczkę w jednej osobie oraz pierwszą katechetkę swoich dziesięciorga dzieci. Milczące przysłuchiwanie się rozmowom dorosłych prowadzonym przy stole i głośne lektury powieści historycznych miały ogromne znaczenie dla układania sobie obrazu świata. Także żywoty świętych czytane wieczorami przez matkę. To wszystko było owym biernym kształceniem umysłu, którego fundamentalne znaczenie tak podkreślają tomiści, a które dziś dezawuowane jest przez zwolenników jak najwcześniejszej „aktywności” i „kreatywności” dziecka. Potem przyszedł czas wsłuchiwania się w słowa ojca, najwyższy domowy autorytet. „Miał dar rozmawiania z dziećmi o sprawach poważnych w sposób bardzo interesujący, toteż przepadaliśmy za przyłączaniem się do niego w czasie jego przechadzek”. Mama zaś, wprowadzająca dzieci w prawdy wiary, obdarzona nie tylko żywym umysłem, ale i duchową intuicją, nieraz dodawała w czasie pogadanek religijnych: „Musicie być przygotowani na czasy, kiedy przyjdą bolszewicy i kiedy będzie prześladowanie Kościoła”, albo: „kiedy nastanie reforma rolna i wszystko stracimy”8. Była pierwsza połowa lat 20. XX wieku…
Podobnie było w rodzinie Karśnickich. I tu przewodnictwo duchowe w czasach niepokoju, gdy już dobiegały dalekie odgłosy nadciągających nawałnic, należało do matki, Wandy z Orzechowskich. „Nadszedł pierwszy piątek września 1939 — odnotowuje w swoich wspomnieniach Teresa Karśnicka-Kozłowska. — Mama zarządziła spowiedź i komunię św., aby oczyścić serca i sumienia na ewentualny zły czas”9.
Jeszcze w czasach zaborów zadekretowany terror Rosjan wobec uczniów państwowych gimnazjów nie przerażał młodych Polaków wychowywanych w patriotycznych i katolickich domach. W domowym zaciszu, wśród przyjaciół, w podziemiu, które rozrastało się z każdym rokiem, polska młodzież studiowała historię i klasyków myśli europejskiej, zaczytywała się w niedozwolonej polskiej literaturze, czemu sprzyjali rodzice i bliscy. Zakazy bywania w teatrach, na koncertach i balach także okazały się całkowicie nieskuteczne.
Skomplikowanej sztuki kamuflażu, skrywania prawdziwej umiejętności niezależnego, propolskiego myślenia oraz maskowania głębszej wiedzy wymagała w szkołach rosyjskich matura. Także i polscy nauczyciele po cichu i skutecznie sprzyjali temu „by uczeń umiał wyrazić to, co należało, i ukryć to, co było niepożądane. W ten sposób i nauczyciele, i uczniowie chronili się przed «kompromitacją» na maturze. Jedni i drudzy wiedzieli, o co chodzi”10. A gra szła o wielką stawkę. Egzamin dojrzałości był przepustką do dalszych studiów. Samodzielne myślenie i czerpanie obserwacji z życia przez młodzież zawsze były solą w oku naszych wrogów. Jedną z form oporu przed żmudnym wkuwaniem nieprzydatnych w życiu formuł był spisek uczniów warszawskich szkół, którzy zawiązali tajną organizację w celu systematycznego przekupywania urzędnika kuratorium, niejakiego Nikolskiego, by uzyskać wcześniej komisyjnie ustalone tematy egzaminu maturalnego. „Akcja wymagała zdecydowania, szybkości i precyzji — komentuje I. Szypowska — warszawiacy musieli nawiązać łączność z przedstawicielami wszystkich gimnazjów, przyjmować depesze i pieniądze, wyznaczać i rozsyłać kurierów. Ich «biuro» funkcjonowało już od Środy Popielcowej, a w ostatnich dniach przed egzaminem funkcjonowało dzień i noc. (…) po paru latach niezawodnego działania właśnie w roku 1879 rzecz się wydała. Nikolski został postawiony przed sąd, a następnie osadzony w więzieniu, maturzyści musieli ponownie zdawać maturę”. Nietrudno zgadnąć, skąd pochodziło to zacięcie, by przechytrzyć rosyjskich nadzorców, oraz wyrobienie konspiracyjne. W iluż to domach polskich, tak jak w rodzinie Górskich, na prywatnych nauczycieli przyjmowano niedawnych powstańców lub z racji przynależności do rodziny codziennie zasiadano z nimi do stołu…
W ostatecznym rachunku bowiem zawsze to, co najwartościowsze w postawach młodego pokolenia, ma swój początek i najlepiej rozwija się właśnie w domach rodzinnych. W ich tradycjach i zwyczajach, w pasjach rodziców, ich zainteresowaniach artystycznych i intelektualnych. W ich upartym „nie” wobec prostactwa niesionego przez media i masową kulturę. W wychowawczej mądrości, czerpanej z wiary i obserwacji własnych dzieci, której nie jest w stanie naśladować nawet najlepsza szkoła. Żaden przekaz nie ma takiej siły, jak opowieści matki i babci, gdy dzieci garną się jeszcze do ich kolan. Żadna mądrość nie zapada tak głęboko w serce, jak pogawędka z ojcem na spacerze — kiedyś na polowaniu, dziś na wspólnej wyprawie w góry. Żadna idea nie znajduje tak wdzięcznego przyjęcia w młodych umysłach i nie okazuje się tak długowieczna jak ta, którą uosabiają rodzice.

Gdy pękała zewnętrzna powłoka

Ksiądz Walerian Meysztowicz, emigrant, profesor prawa kanonicznego na uniwersytecie w Wilnie, a potem (od 1932 r.) radca kanoniczny Ambasady Polskiej przy Stolicy Apostolskiej, odmalował w swoich wspomnieniach ze świata, który przeminął, sytuację polskich uczniów elitarnego liceum w Petersburgu — tuż przed wybuchem I wojny światowej. Wszyscy chłopcy mieli za sobą lata starannej domowej edukacji pod czujnym okiem rodziców. Mimo że społeczność uczniowską tworzyła „biała międzynarodówka” synów ziemiaństwa i arystokracji, między Polakami a Rosjanami istniała różnica nie do przezwyciężenia. Co się na nią składało? Z pozoru wszystko w Lycee Imperial Alexandre, jak brzmiała jego oficjalna nazwa, było eleganckie i kulturalne. Międzynarodowa obsada profesorów, lekcje w języku francuskim, niemiec¬kim, rosyjskim, profesorowie o sławnych nazwiskach, wysoki poziom nauczania, poszerzony kurs prawa (szkoła miała bowiem kształcić elitę do rządów imperium), duży nacisk na nienaganne maniery. Kurtki mundurów szkolnych miały czerwone kołnierze i złote guziki. Młodzi Polacy i Rosjanie rozmawiali między sobą po francusku. Bywały jednak okoliczności, gdy „ta zewnętrzna elegancka powłoka pękała — i ukazywało się spod niej coś innego. Raz do roku — w dzień, gdy koledzy z najstarszej klasy opuszczali liceum — wolno było pohulać. Więc wypijano wiele wódki i szampana, surowo w innych czasach zakazanych, bito szyby, rozlegały się ryki, odchodzących kolegów podrzucano na rękach i znowu pito, śpiewano, ryczano”. Polacy nigdy w tych manifestacjach dzikości nie uczestniczyli. Trzymali się z daleka, obserwując przebieg ekscesów z uwagą. „Należałoby oczekiwać, że te demonstracje naszej rezerwy i wyższości będą względem nas budzić niechęć; tymczasem wcale tego nie było: na ogół objawy europeizmu ze strony polskich kolegów były przyjmowane jako coś naturalnego. A my nabywaliśmy doświadczenia o charakterze Moskali, tych z najlepszych rodzin, i stawaliśmy się absolutnie odporni na wszelkie teorie samodierżawne”.
Aby zachować niezbędną odległość moralną od rosyjskiego internatu, by utrzymać niezależność od szkoły, Walerian Meysztowicz i jego koledzy spotykali się w wolne dni w domach dość licznie w Petersburgu osiadłej polskiej kolonii — pracowników dyplomacji, naukowców, ziemian nadzorujących przebieg edukacji swojego potomstwa. Jednym z takich domów był dom rodziny Broel-Plater, który stał się polskim ośrodkiem wychowawczym. Trzej bracia Platerowie byli, jak pisze ks. Meysztowicz, silną podstawą polskości i zachodniości w tym mieście, choć polowanie na głuszce w rodzinnym majątku pociągało ich o wiele bardziej, niż prawo międzynarodowe czy literatura francuska. „Mocno odbijali — jak większość Polaków — od petersburskiego snobistycznego sceptycyzmu”, byli bowiem „prawdziwie i szczerze religijni, jak zresztą wszyscy Polacy w Liceum”. Poza tym, dodaje ks. Meysztowicz, „wpływy mongolskiego Wschodu, tak łatwo widoczne u Demidowów, Golicynów, Wołkońskich i innych Rosjan, natrafiały u nich — jak zresztą u wszystkich Polaków — na pogardliwy, niezwyciężalny opór; ten opór budził sprzeczne uczucia u Rosjan: z jednej strony polska zachodniość ich pociągała, mieli dla niej coś w rodzaju podziwu, z drugiej — złościło ich to, że musieli się wysilać, by zdobyć to, co Polacy posiadali z natury, bez wysiłku, z naturalnego usposobienia i domowego wychowania”.
 *
Czy to możliwe, by rodzice stający u progu wielkiej duchowej przygody, jaką jest wychowanie dzieci, jeszcze sto czy nawet kilkadziesiąt lat temu byli mądrzejsi niż rodzice dzisiejsi? Byli z pewnością w swych wyborach bardziej swobodni. Dokonywali ich na własny rachunek, kierując się zdrowym rozsądkiem i odpowiedzialnością przed Bogiem za wychowanie potomstwa. Nikt też nie wmawiał im, że istnieją lepsi od nich wychowawcy, którym certyfikaty wystawia państwo. Że powinni, a wręcz muszą oddać im dzieci, a sami w tym czasie samorealizować się, pracować, wypoczywać… Żłobki, przedszkola, szkoły nie domagały się — jak dzieje się w naszym kraju od lat z górą siedemdziesięciu — by za dziećmi jak najprędzej zatrzaskiwały się drzwi rodzinnego domu. Nie grożono karami, gdy zamożniejsi rodzice nie oddawali dzieci do szkół. Nie wmawiano im demagogicznie, że pięć czy sześć lat to idealny „wiek szkolny”. Wychowanie i edukacja domowa były regułą w polskich kulturalnych rodzinach, którym pozwalały na to warunki materialne.
„Dziś wydaje się to śmieszne — pisze Michał Żółtowski, wychowywany przez rodziców, wraz z gromadą rodzeństwa, w rodzinnym dworze — bowiem jesteśmy otrzaskani z nieprawdą (…). Fakt, że pozostawałem w domu rodzinnym, nie był rzadkością. W wielu dworach działo się podobnie. Rodzice nie chcieli rozstawać się z dziećmi przez oddanie ich na stancję. Wiedzieli, że tak solidnego przygotowania do późniejszej nauki szkolnej, jak tą dawną metodą, w żaden sposób nie osiągną”11. Mieszkańcy dawnych polskich dworów mieli, jak żadna grupa społeczna, od stuleci wpojoną postawę służby Bogu, Ojczyźnie i tym wszystkim, nad którymi trzeba roztoczyć opiekę. To był moralny obowiązek, od którego nie mogło być żadnej wymówki. Na podkreśleniu tych obowiązków opierało się wychowanie dzieci. Ich postawy jako ludzi dorosłych dowiodły, że było to wychowanie mądre.
Ogromne miasto, podsumowuje obraz Petersburga ks. Meysztowicz, „o tyle większe od Wilna, o ile leniwie płynąca szara Newa jest większa od Wilii (…). Szare gmachy. Granitowe wybrzeże. Niebo nigdy niewidoczne, zawsze zakryte niską, szarą, jednolitą mgłą. Chłód i absolutna, nigdy nieprzezwyciężona obcość”12.

Ewa Polak-Pałkiewicz

 

 

Przypisy:

1 Por. wykład Jana Goyarda o kulturze rodzin francuskich na Kongresie Konserwatywnym w Krakowie.
2 E. Sapieha, Tak było. Niedemokratyczne wspomnienia Eustachego Sapiehy, Warszawa 2000.
3 T. Karśnicka-Kozłowska, Dawniej niż wczoraj, Kraków 2008.
4 Por. Z. Herbert, Przesłanie Pana Cogito.
5 K. Bartnicka, „Pensja żeńska jako substytut wychowania domowego” [w:] Nauczanie domowe dzieci polskich od XVIII do XX wieku, Bydgoszcz 2004.
6 E. Sapieha, dz. cyt.
7 I. Szypowska, wstęp do tomu Z młodych lat. Listy i wspomnienia Konstantego M. Górskiego i Józefa Weyssenhoffa, Warszawa 1985.
8 M. Żółtowski, Wspomnienia z młodych lat, 2004
9 E. Sapieha, dz. cyt.
10 I. Szypowska, dz. cyt.
11 M. Żółtowski, dz. cyt.
12 Ks. W. Meysztowicz, Gawędy o czasach i ludziach, Londyn 1983.

Źródło

Dodaj komentarz