Przeskocz do treści

9

Pochwalić się chciałam, że wreszcie od 1,5 miesiąca udaje mi się regularnie realizować codzienny plan dnia. Bardzo fajnie trzyma mnie w ryzach i o dziwo więcej przez to realizuję z założonego planu. Nawet wszelkie wyjazdy dostosowałam do planu, albo jadę o 9.30 by wrócić do 12.30 albo jadę po obiedzie (nawet nie wiecie jak dzięki temu odzyskałam panowanie nad dniem!).

Jeszcze tylko plan sprzątania muszę na nowo ułożyć i będzie super. Ten, który miałam do tej pory mocno się zdezaktualizował, bo i miejsce zamieszkania nam się zmieniło i dzieci nam przybyło 😉

Plan dnia
7.00    pobudka, śniadanie
8.30    sprzątanie
9.30    zadania przewidziane na ten dzień
12.30  przygotowanie, obiadu, obiad
14.00  czas wolny albo dalsze zadania przewidziane na ten dzień
18.30  przygotowanie kolacji, kolacja
19.30  przygotowanie do spania
20.30  czas NASZ wspólny, wolny albo dokończenie zadań z dnia

Zafascynowała mnie jakiś czas temu moda panująca na bullet journal czyli idealny planer dnia [TU można na Pintereście podejrzeć]. Generalnie doszłam do wniosku, że od wielu lat takie coś prowadzę tylko w kalendarzu a nie w zeszycie, więc tym bardziej pomyślałam "to  dla mnie". Założyłam ładny zeszyt z zadaniami podzielonymi na miesiąc i tydzień oraz różnymi listami - bardziej się sprawdza niż kalendarz, tylko nie ozdabiam, bo nie mam zbyt dużo czasu. Popracuję nad tym 😉

Takie pisanie zadaniowe zawsze świetnie mnie porządkowało i dość jasno wytyczało co będę robić. Przez jakiś tego nie robiłam i miałam poczucie bałaganu życiowego. Zatem mój cudny zeszyt (wreszcie karteczek nie gubię) zawiera:

  • stronę tytułową,
  • spis treści,
  • stronę pt. Codzienności Baśkowe [to się bardzo sprawdza przy wyrabianiu nawyków, popatrzę i wiem czego jeszcze nie zrobiłam, a założyłam sobie, że będę robić codziennie. Podobno nawyki wyrabiają się 21 dni, więc mam szansę ;-)],
  • spisane zamierzenia na najbliższy rok,
  • rozpisany rok na dwóch kartkach [wpisuję tu konkretne spotkania czy wizyty, które się pojawiają, a nie mam jeszcze zaplanowanych kolejnych miesięcy]
  • strona z zadaniami do realizacji na dany miesiąc + określam nad czym chcę pracować w danym miesiącu [Bóg, mąż, dzieci, dom, ja sama tzn. kiedyś z jakiejś książki wzięłam sobie taką rozpiskę do pracy nad sobą i od wielu lat to się u mnie sprawdza],
  • strona z zadaniami do realizacji na dany tydzień [staram się zawsze w niedzielę spisać zadania na nowy tydzień] + lista posiłków [to mi idzie najgorzej],
  • od tyłu zeszytu idę z listami np. zakupy dla domu, pomysły do realizacji w domu, plan ogrodowy, pomysły na rok liturgiczny, moja idealna szafa, filmy do obejrzenia, itd.

Z uwag praktycznych to rozważam przy następnym zeszycie przejście na skoroszyt z przepinanymi kartkami + koszulki, bo nie widzę potrzeby przepisywania list.

Przy okazji podzielę się pewnym spostrzeżeniem i refleksją, która się narodziła we mnie przy spacerowaniu po blogach dla mnie zupełnie nowych. Ludzie rozumieją różne pojęcia zupełnie inaczej niż ja. Niby proste i oczywiste, ale mnie to bardzo uderzyło, że dałam się zwieść niektórych blogom i temu co ludzie piszą, jak rozumieją czy wręcz wyolbrzymiają pewne sprawy, rzeczy.
Kamyczkiem, który ruszył całą lawinę kolejnych spostrzeżeń, było zauważenie jak ludzie spisują swoje listy zadań do zrobienia i np. piszą co mają zrobić na dany dzień czy tydzień,a tam wypisane same drobnostki (w moim odczuciu) i oczywistości. Wiem, wiem, każdy jest inny, ALE ile razy można pisać o zrobieniu obiadu czy wstawieniu prania?
Tudzież na przykład okazuje się, że jak ktoś pisze o uprawianiu truskawek to mi przed oczami od razu staje ileś grządek truskawek, a ktoś miał na myśli (co okazuje się po jakimś czasie), że uprawia 3 krzaczki truskawek w skrzynce przy tarasie 🙂 No zupełnie inna perspektywa patrzenia, ilości pracy do wykonania itd. Od razu zrobiło mi się lżej i wyjaśniło dlaczego mi to wolniej idzie...
Zdrowego dystansu nabrałam 🙂

nowe twarze w kocim świecie 😉

4

Jakiś czas temu, a dokładniej na początku Wielkiego Postu doszłam do wniosku, że uciekam przed teraźniejszością, od tu i teraz, że z jednej strony niby tą codzienność łapię i robię kilka rzeczy na raz, ale z drugiej ucieka mi między palcami. Przynajmniej takie miałam odczucie i coś w tym jednak było. Wraz z początkiem Wielkiego Postu narzuciłam
sobie pewien rygor i dziś mogę stwierdzić, że okazuje się być on dla mnie zbawienny. Jako, że lubię pisane plany to przyjęłam sobie pewne filary: 
Modlitwa

Choć zawsze się tego wypierałam i uważałam, że poranek to nie jest mój czas na modlitwę…  Jedyny, spokojny dla
mnie czas na modlitwę znalazłam właśnie rano. Z początku wydawało mi się to niemożliwe do wykonania, ale analizując swój dzień doszłam do wniosku, że jedynie poranek ma w miarę stały tryb i nauczyłam się codziennie zaczynać dzień od modlitwy i rozważania Pisma św. Pomaga mi to ustawić dzień we właściwym porządku i wracać myślami w ciągu dnia to przeczytanego tekstu..

Planowanie
Kocham planowanie 😉 Lubię tworzyć listy i określać priorytety. Mam poczucie, zwłaszcza teraz jak jesteśmy w częściowym rozdzieleniu z Onym, że panuję nad remontem, domem jednym i drugim, zakupami, dzieckiem i tysiącem innych rzeczy 🙂 Na razie na szczęście, nie muszę gotować (a brakuje mi już tego ;-)) Ma to też swój dodatkowy, ogromny plus, że uczę się patrzeć w przyszłość i ustalać, co mogę teraz zrobić, aby później było trochę lepiej, wygodniej... jest to dla mnie bardzo rozwojowe w zasadzie w każdym aspekcie życia..

Zapisywanie
Z początku myślałam, by każdego dnia choć dwa zdania napisać co się działo, ale w moim przypadku nie zdało to rezultatu. Idealnym rozwiązaniem dla mnie jest spisanie tego ci się działo w kilku zdaniach raz w tygodniu w kalendarzu. Dlatego też zainspirowałam się TYM miesięcznym biuletynem, by wraz ze zdjęciami stworzyć taką comiesięczna kronikę rodzinną.  Właśnie tworzę numer pierwszy. I będzie jak znalazł kronika rodzinna uzupełniona 😉

 
 
 
 
 
Podsumowując, napisałam tego posta by być może kogoś też zainspirować. Mi osobiście bardzo to pomaga w codzienności 🙂

8

Już miesiąc w zasadzie z Marcelą poza domem jesteśmy.
W domu rodzinnym jestem i wcale nie czuję się tu na swoim miejscu. Znaczy dobrze mi tu, lubię swe stare kąty, ale czuję, że to już nie mój dom.
Zmęczenie daje mi znać o sobie, nie mam kiedy odreagować.
Marzę o powrocie do domu, bycia na innym etapie remontu - bez kurzu i brudu, wakacjach nad morzem i całym mnóstwie różnych rzeczy... a najbardziej o regularnej codzienności.

Tuż przed Wielkim Postem byłam u spowiedzi i dostałam zadanie pt. plan. Mniej więcej po 5 dniach, gdy zastanawiałam się o co chodzi Panu Bogu z tym planem, odsłuchałam świetnej konferencji i w jednym momencie wszystko się poukładało w całość.
Mam zatem plan na Wielki Post, a nawet dłużej, bo przy okazji poukładałam cele do końca roku 🙂 Moim wielkopostnym planem w tym roku jest praca nad sobą zgodnie z planem. Plan jest tu kluczowy, ponieważ mam wyrobić dobre nawyki i popracować nad moją regularnością (a jest to moja bardzo słaba strona).
Z jednej strony się cieszę, a z drugiej po uporządkowaniu widzę jak wiele mam do zrobienia. Zaczełam od modlitwy i uzupełnienia kalendarza 🙂

W sobotę, gdy byliśmy w domu, nie mogłam się opanować, by nie skorzystać z pięknej pogody i rozpaliliśmy ognisko, paląc wszelkie gałęzie, krzaki, kartony - porządek się gdzieniegdzie zrobił! 😉
Pelargonie porozsadzałam do ukorzenienia, przygotowałam miejsce na pomidory, które dziś zamierzam nabyć i jutro posiać.. krokusy w donicach powychodziły się już całkiem sporo.. klucze ptaków lataj nad nami - wiosna chyba nadchodzi 🙂

I wymyśliłam chyba furtkę z bramą jaką chcę. Nawet już wiem z czego je zrobię, ale wykonanie poczeka to do lepszej pogody 🙂
W zamiarze ma być COŚ pomiędzy tym:

Źródło: Pinterest

a tym:

Źródło: Pinterest

Jak wyjdzie to pokaże efekt 😉

Na koniec pochwalić się chciałam siostrzenicą 🙂

i zaprosić do podglądania Indii jej okiem pokazanych 🙂

 

 

18

Już ostatnio sobie obiecywałam, że częściej pisać będę, ale jakoś mi nie wychodzi. Życie płynie zbyt wartkim strumieniem, za dużo się dzieje.

Wprowadziłam kilka udoskonaleń organizacyjnych w domu [przyznałam się wreszcie sama przed sobą, że uwielbiam wszelkie planowania, organizacje, innowacje w prowadzeniu domu, bo do tej pory jakoś kryłam się z tym] i dla samej siebie. Najbardziej jestem zadowolona z codziennej samoprzylepnej karteczki z wyznaczonymi 6 zadaniami (sprawami) na dzień. Spisuję je wieczorem dzień wcześniej albo rano przy kawie. Ta metoda u mnie spisuje się znakomicie, wreszcie wychodzę z zaległości drobnych spraw, które do tej pory czekały na "kiedyś-tam", bo były rzeczy ważniejsze, a w sumie narastały i denerwowały mnie. Polecam! 🙂

W międzyczasie zaczęłam tworzyć naszą Księgę Rodzinną. Świetna zabawa, a ile się człowiek naśmieje z własnych przygód i nawzrusza wspomnieniami to jego 😉
Zrobiłam już stronę tytułową + strony poszczególnych etapów naszych dziejów, napisałam wstęp oraz uporządkowałam rocznikowo nagromadzone "skarby". Teraz trzeba wybrać zdjęcia, puste strony wypełnić treścią i okładkę zrobić. Mam już nawet pomysł jak to później w całość spiąć 🙂

Czytam ostatnio książkę "Tysiąc darów" o odkrywaniu wdzięczności za codzienność, o otwieraniu oczu na codzienne dary, które otrzymujemy.
Początek książki jednak mnie jakoś odrzucał i wcale nie miałam ochoty na więcej, ale po kilku dniach wróciłam do niej i przeczytałam fragment ze środka na chybił - trafił. I trafiło  mnie, wciągnęła. Nie jest jednak książką, którą czyta się hurtem [przynajmniej dla mnie], raczej należy czytać powoli i odkrywać, artykułować dary, które się otrzymuje...  taki dobry czas dla mnie samej.. mam poczucie, że moje oczy dostrzegają więcej i chyba więcej mam radości 🙂

 

Znalezione obrazy dla zapytania tysiac darow
polecam!

W kolejnym międzyczasie nawiedziłam dwóch lekarzy. Jeden podał mi dobrą wiadomość, bo potwierdził, że nie muszę się przejmować moją przysadką, a drugi okazał się przyjaznym człowiekiem z wiedzą! 🙂 Znaczy leczę się wreszcie :-))))