Przeskocz do treści

8

Czy Wy też tak macie, że robicie jakieś zdjęcie, przychodzi fajna myśl do głowy i myślisz o napiszę o tym na blogu, a potem......... zapominasz o tym (np. znaczy Marcela Cię zajmie, nie masz dostępu do kompa itd.) a jak przypomnisz sobie to masz już kolejne pomysły, a na blogu dalej cisza. No bo ja tak mam 🙂
Ma ktoś pomysł jak sobie z tym poradzić?

 

Święta Bożego Narodzenia 2013 odeszły do historii, a ja skoro mam takie tyły to lekko do nich wrócę, ale zdążyłam przed Trzema Królami 😉
W tym roku u nas w święta było kilka nowości w tradycji rodzinnej. Pierwszą nowością był rozdział mikołajowy poprzez losowanie tzn. na początku adwentu odbyło się losowanie i każdy wylosował kogoś komu robił prezent. Finansowa i organizacyjna ulga 😉
Zarządziliśmy niejako, że kolację wigilijną w tym roku spożyjemy razem u rodziców o 17.00.  Podstawową przyczyną jest wiek moich rodziców, a nade wszystko bardzo szybko postępująca  utrata sił Taty oraz to że na dłuższą metę męczą ich już tłumy. A 27 osób to już mały tłum. Od ok. 20 lat nie udało nam się spędzić Wigilii w pełnym składzie w jednym czasie, więc w tym roku chcieliśmy spróbować. Było nas 16 osób, a ja zaprosiłam dodatkowo swoją teściową.
Wszyscy mieszkamy dość blisko siebie, maks 30 km, i niby jesteśmy zżyci i nie dało rady 🙁

Bynajmniej nie oznaczało to smutku przy stole. Było gwarno i radośnie 🙂
I pokolędowaliśmy trochę albo raczej inni kolędowali a my kolędowaliśmy na pogotowiu 😉

główny pomocnik przedświąteczny 😉

U rodziców już rządziłam tydzień przed świętami, więc prawie wszystko co było zaplanowane to zostało zrobione. Niemniej w niedzielę popołudniu Marcela zaczęła się rozkładać chorobowo, we wtorek po kolacji wigilijnej chyba jakieś apogeum miała, dodatkowo w szybkim tempie zaczęła kaszleć szczekająco i się dusić co oznaczało, że zapalenie krtani jest.
Dostała antybiotyk, dostawała go przez tydzień by okazało się, że niepotrzebnie bo na wirusowe zapalenie antybiotyk nie działa i się go nie przepisuje! Marcela mniej więcej po tygodniu wróciła do pełnej formy. Teraz odbudowujemy florę bakteryjną w jelitach 😉

 

Piernikiem się chwalę tegorocznym 🙂

Mam kilka refleksji poświątecznych.
Pierwsza to taka, że uświadomiłam sobie, iż święta Narodzenia Pańskiego są dla mnie ważne niekoniecznie muszą być ważne dla innych. Otóż dla mnie naturalnym jest, że są to święta religijne, że rodzina stara się gromadzić, spotykać, że nikt nie powinien być sam, że należy się odświętnie ubrać do kolacji wigilijnej i w święta itd. Kilka lat zajęło mi dojście do tego wniosku, ale dało mi wolność na lata przyszłe.
Druga dotyczy naszej rodzinnej parafii. Zawsze nas szło sporo na pasterkę czy Msze w kolejne dni, a od kilku lat nas coraz mniej. W tym roku na pasterce był tylko Ony, a w drugi dzień Świąt w parafialnym kościele byliśmy tylko we dwoje. Pozostali byli w swoich parafiach. [musiałam uzupełnić to zdanie, aby nie było niejasności] Wybyliśmy z tej parafii jako rodzina. Dziwne to uczucie! Wydawało mi się to kiedyś niemożliwe, bo byliśmy w niej dość zaangażowani. A każdy z nas ma teraz inną. Jak sobie to uświadomiłam to mam poczucie jakby się coś kończyło w naszym życiu.

W temacie poza świątecznym Ony stał się dziś pogromcą myszy i stodołę nafaszerował trutką 😉
a Pan Bóg mnie kolejny raz ćwiczy, bo miałam ja NIECNY plan pouczania dziś od rana mego męża jak to się kupuje trutkę na myszy i jak się ją zakłada. Marcelinie jednak katar i stan podgorączkowy wrócił, więc nici z mego niecnego planu. A trutka kupiona i założona 😉
A wszystko przez to, że szukałam wczoraj baterii w pudełku, które 2 tygodnie leżało ww. stodole po przeprowadzce i znalazłam zmłóconą przez mysz kartkę i inne drobiazgi. brrrrr nienawidzę myszy, brzydzę się nimi i jak widzę to drę się niemiłosiernie 😉
Plan ogólnie był od października założyć trutkę, ale cały czas były inne sprawy i tak zeszło.

 

Przyznam szczerze, że myślałam o wróceniu do pisania na tym blogu. Dostałam kilka naprawdę fajnych email'i i doszłam do wniosku, że to tajniaczenie się nie w moim stylu jest. I o dziwo te moje pisanie czasem komuś dobro przyniosło.
Pamiętam o przyczynach ukrycia się, ale z perspektywy czasu wydaje mi się, że to mało przemyślane było.A dalsze pisanie publiczne może jeszcze jakieś korzyści przynieść 😉

aaaaaaaa i kobietą jestem, a kobiety podobno zmienne są, więc może za jakiś czas mi się znowu zmieni 😉

A na koniec ulubiona pastorałka Marceliny, przy której piszczy z uciechy 😉

 

Jeszcze się załapię na wpis w grudniu i w dodatku w oktawie Bożego Narodzenia! 😉
Wpierw życzenia ślę.

Wszelkiego dobra od małego Jezusa, 
by każdemu z Was w codzienności szczodrze błogosławił.

 

Dom ma nowy dach, okna dachowe i zadaszenie nad tarasem. Strych jest teraz najlepszą częścią domu, bo jest cudnie jasno i przestrzennie, aż pewnie będzie żal kroić przestrzeń na pokoje. Zakończyli dopiero w sobotę przed świętami, trochę z naszej winy a trochę z ich. Polecić firmę jednak z całego serca możemy. Teraz czas na wylanie chudziaka i położenie instalacji sanitarnej i grzewczej. Tu nas niestety ceny zaskoczyły, bo przewidywaliśmy w budżecie remontowym dużo mniej na to środków, ale walczymy jeszcze z tym. Jutro półtonowy piec przyjeżdża.

 

 

Kiepsko mi idzie pisanie, na zeszyty się przerzuciłam 😉
Od dwóch dni chyba jakiegoś doła mam, a przez to z Onym bitewki prowadzę. Wkurzam się sama na siebie za to. Przyczyny znaleźć nie umiem. A jeszcze nerwią mnie naciski i fochy na nas albo że Marceliny nie zaszczepiliśmy albo że się remontujemy itd. Po prostu chyba co niektórzy mają pretensję, że żyjemy po swojemu.

 

22.30 Marcelina wreszcie padła na weselu 😉

Wreszcie od tygodnia robią dach. W poniedziałek zjechały prawie wszystkie dachówki z dachu i wylądowała folia. Wtorek przybijali kontrłaty, w środę ich nie było, w czwartek był dzień wojny Onego z głównodowodzącym (się chłopaki nie zrozumieli, ale okazało się że mówią o tym samym różnym językiem), w piątek przybijali łaty, a w sobotę z jednej strony dachówki wjechały na dach.
Wtorek za to Ony zaczął dzień o 4.30 i układał dachówki odzyskane w większości z domu.
Od początku remontu zastanawiam się nad jego zaciętością.

 

 

 

 

A zanim zaczęli wymianę dachu to okazało się, że jednak musimy postawić nowy komin.

tu widać, że po sąsiedzku ze starym kominem

 

W międzyczasie Marcela zaliczyła pierwszy lot z fotelika na twarz i normalnie serce mi stanęło dęba. Na szczęście 'tylko' wargę zbiła i na drugi dzień ukazał się na brodzie siniak. Po upadku jednak przez 3 godziny była tak przeraźliwie smutna, że zastanawiałam się już czy aby na pewno wszystko ok.

 

Chciałam jeszcze zęby pokazać, ale zdjęć znaleźć nie mogę. A wyczynem było zrobienie fotki, bo cały czas pokazuje język zamiast zębów 😉

Jutro idziemy meldunek zmieniać 🙂
Chciałabym już, żeby była wiosna 2014 😉
Od jutra wreszcie zacznę chodzić po blogach, taki w każdym razie mam plan 🙂

Chyba zapomniałam już jak się posty pisze 😉
Nawet nie pamiętam na czym skończyłam pisać!
Listopad to był nasz miesiąc gigant. Sprzedaż mieszkania, wyprowadzka rzeczy na wieś, przeprowadzka nasza do tymczasowego lokum (które jest zresztą moją starą, panieńską kawalerką), sprzątanie starego mieszkania (co jest gorsze niż przeprowadzka), wesele brata Onego, szał kominowo - dachowy + zapisy na kurs Filip. To tak w skrócie miesiąc wyglądał.
Aaaaaa i pierwsze dwa zęby Marceli w międzyczasie 🙂

Mam nadzieję na chwilową małą stagnację. Adwent od niedzieli. Jutro chcę poczynić przygotowania do drzewka Jessego.

Idę ogarnąć zdjęcia i coś może pokaże.