Przeskocz do treści

17

Opowieść trzeba zacząć, w końcu niech mnie samej poukłada się wszystko we wspomnieniach, bo pisanie zawsze mnie porządkowało.
To była nasza pierwsza, samodzielnie zorganizowana podróż zagraniczna. Pominę odczucia naszych towarzyszy podróży, a skupię się na moich/naszych. Osobiście lęku u mnie nie było, ducha przygody otrzymałam i nogami przebierałam z radości. Ony, który prawie nie doświadczył żadnych wyjazdów/urlopów, bardzo to przeżywał i trochę się lękał drogi, bo pierwszy raz jechał za granicę jako kierowca. Oboje za to samochodu się baliśmy, gdyż w naszym posiadaniu był dopiero od 10 maja i nie sprawdzony w długie trasy. W każdym razie nikt z nas nie wiedział czego się spodziewać i jaka przygoda nas czeka 🙂
Urlop mieliśmy od czwartku, żeby niby się dobrze przygotować, spakować, odpocząć... plany planami, a życie swoją drogą. W czwartek musiałam udać się na trochę do pracy, a potem jeszcze były inne 'atrakcje' z moją mamą do piątku włącznie (to jednak nadaje się na osobną notkę) 😉
Casoli
droga do naszego lokum 😉
 Dzień I - 27/28.05.2011r.
Wyjazd nastąpił zgodnie z biciem dzwonów oznajmiających godzinę 20.00, pozbieraliśmy towarzystwo po drodze i wyruszyliśmy mijając po drodze Drezno, Monachium, Innsbruck, Bolzano, Bolonię, Florencję, Pistoię. Bardzo nam odpowiadała nocna jazda, zero korków, umiarkowany ruch. Ony w sumie bardzo zmęczony był dopiero  rano, więc zrobiliśmy sobie dłuuugą przerwę w Bolzano.
Dojechaliśmy na miejsce ok. 15.00. z duszą na ramieniu, bo nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Najpierw okazało że musimy jechać 2 km w górę i to na początku było sporym wyzwaniem, ale miejscowość była przeurocza, z pięknymi widokami, domami... raj dla ducha i ciała 🙂 Była tą odskocznią i wytchnieniem, które nam było potrzebne po wszystkich okazałościach toskańskich miast.. mam wątpliwość czy byśmy tak odpoczęli mieszkając w mieście...
Widoki na okoliczne miejscowości rozsiane po górach
Dzień II  - to głównie zapoznanie się z Casoli, okolicą, zachwycanie się przyrodą, górami, widokami, nowo odkrytymi detalami,  śpiewem ptaków, kotami...
o różnych pięknych detalach będzie osobna notka 🙂
O 16.00 byliśmy na Eucharystii po włosku i o dziwo nawet wiedziałam w którym momencie Mszy jestem i co odpowiadać, bo ściąga włoska była 😉
Kaplica
Dzień III - to wyładowany akumulator (bo zostawiliśmy światła sprawdzając lampy po drodze dzień wcześniej), ale po skutecznej pomocy mieszkańców, którzy bardzo żywo się zainteresowali, po wypiciu pierwszego espresso o 11.00 udało nam się wyjechać w kierunku Lukki.
Podsumowując Lukkę chyba trochę byłam nią rozczarowana. Nie mogę zaprzeczyć jej pięknu, urokowi, ale mnie nie 0czarowała.
Kościół San Michele - Lucca
Wyjeżdżając mieliśmy kolejną niespodziankę - stłuczkę w tylny zderzak auta. Ony się zdenerwował, a ja się cieszyłam że tylko tyle i możemy jechać dalej. Załatwiliśmy sprawę polubownie, wina była po stronie Włocha, dał kasę i jest ok 🙂
Pojechaliśmy dalej w kierunku Pizy i Plac Cudów jest hitem tego wyjazdu. Nic później tak mnie nie urzekło, nic tak nie zachwyciło, miałam ochotę usiąść i się stamtąd nie ruszać... Biel marmuru, zieleń trawy, wielkość Baptysterium i Katedry, dbałość o szczegóły - każdej płaskorzeźby, kolumn, fresku.. Krzywa Wieża była kropką nad i tego placu.. byłam zakochana  🙂
Plac Cudów - Piza
 Dzień IV - to to trochę rozbity dzień, nieuporządkowany, przez takie tam niedogadanie całej ekipy. W porze obiadowej jednak częściowo nadrobiliśmy, poszliśmy bowiem na dłuuuugi spacer i odkryliśmy jezioro i maleńką uroczą kapliczkę "Colle a Piano". Po powrocie pojechaliśmy jeszcze do Bagni di Lucca i tam się pozachwycaliśmy lokalną architekturą i lodami 😉
Dzień V - to dzień jeżdżenia po okolicznych miejscowościach w kierunku San Marcello i Pistoi, zagrzania się hamulców, zwiedzania i zachwycania się, zachwycania się, zachwycania się...
w San Marcello
Dzień VI - święto 150 - lecia zjednoczenia Republiki Włoch - a my wyruszyliśmy tym razem na posmakowanie Florencji... we Florencji winno się spędzić tydzień non stop a i tak pewnie będzie mało, uległam jej urokowi.. chciałabym tam wrócić na dłużej, na włóczęgę, na siedzenie na schodach i pod palmą, na zatrzymanie się i podziwianie...
przed tym Jezusem upadłam na kolana i nie mogłam powstać.. jest piękny! - Florencja
Dzień VII - dzień spacerowy po okolicy, leżenie brzuchem do góry, oddawanie się innym przyjemnościom
tak wyglądają drogi do domów 🙂
widoki na inne miejscowości
lawenda
Dzień VIII - to dzień wczesnego wstawania, powrotu i złożenia odwiedzin Wenecji. Hmmm.. w sumie nie wiem co napisać o Wenecji, największą frajdę sprawiło nam jeżdżenie autobusami wodnymi i oglądanie Wenecji z ich pokładu...
błąkając się jej uliczkami tak naprawdę nie podobała mi się, wydała mi się brudna, nieuporządkowana, głośna.. z pokładu statku wydała mi się czarująca i ten lazur wody... Oczywiście Plac św. Marka robi wrażenie, ale miałam chyba przesyt, bo jakoś go prawie ominęłam 😉
Plac św. Marka - Wenecja
Późnym popołudniem to już powrót północnymi Włochami, przez Austrię i Niemcy do domu 🙂
Trochę danych statystycznych:
  • przejechaliśmy 3620 km
  • zużyliśmy 182 litry paliwa
  • na miejscu zrobiliśmy 880 km
  • w jedną stronę jechaliśmy 18 godzin
  • w drugą stronę 23 godziny z przerwą na Wenecję  
Szczerze powiedziawszy to tak szczegółowy opis udało mi się  zrobić, bo byłam mądrzejsza zawczasu i założyłam nasz dziennik pokładowy, który udawało mi się uzupełniać w samochodzie 😉

 

20

Toskania 2011

Zatem czas chyba zabrać głos po moim urlopie. Żyję, mam się znakomicie, odnowiłam na 3/4 swoich sił, opaliłam się, zobaczyłam co nieco, zwolniłam i inne same przyjemne epitety tu być powinny 😉

W sumie mój urlop (po prawdzie winnam napisać nasz) miał dwa etapy, pierwszy to Toskania, drugi to totalnie zwolnienie i oddawanie się przyjemnościom..
Toskania mnie urzekła swoim pięknem, dbaniem o szczegóły, które tworząc całość stanowią o jej pięknie..
Pobyt nasz był zbyt krótki, by ją zacząć smakować, było to raczej rozeznanie terenu i delikatne posmakowanie tego co Toskania może człowiekowi dać.. Byliśmy w odpowiedniej, dla nas, porze roku, gdy wszystko kwitnie, oczarowuje zapachem, nie jest jeszcze zbyt gorąco...
Rozczarowałam się lekko Luccą, Piza powaliła mnie na kolana, z Florencji nie miałam ochoty wyjeżdżać, a jednak pierwsze miejsce w moim rankingu ma przyroda, widoki i nasza wioska w której mieszkaliśmy - Casoli.
Śpiew ptaków od 4 rano i cisza, piękno przyrody i architektury, które ma się ochotę jeść łyżeczkami... kołatki, balkony, doniczki, skrzynki na listy, drzwi, ozdobne kraty, białość marmuru - tego nie da się opisać, opowiedzieć, zdjęcia oddają tylko część piękna i uroku...
Przy tym wszystkim nie należy zapominać o makaronach, pizzy, chlebie, lodach i innych deserach....

Całość, niczym wiśnią na torcie, zakończyliśmy wizytą w Wenecji, która ujęła mnie kolorem morza i architekturą 😉

Zdjęcia prawdziwe to  dopiero będą, ale przedsmak Wam zostawiam 🙂

Toskania 2011

1

zakochałam się..... w Pradze(*-*)(*-*)(*-*), jest piękna,cudna, wspaniała,  a te widoki, uliczki..ehh.. jest tam boskoserce..kręte schodki na wieże poprawiły zdecydowanie moją kondycję, a przynajmniej chęć jej zdecydowanej poprawy:-D.... najbardziej urzekła mnie sala zamkowa (długość 60 m, szeroka 15 m i wysoka 15 m).. co za przestrzeń... oczami wyobraźni widziałam rycerzy w pełnym uzbrojeniu w walce o damy swych serc, damy w sukniach czekające na walkę swych wybranków..superrr.. siedzieliśmy we dwójkę z "moim" mężczyzną i puściliśmy wodze fantazji dworskiej, marzeń:-) ..wiecie aż nogi się same rwały do tańca, słyszałam w uszach tą muzykę hihi nawet zatańczyliśmy troszkę..a co raz się żyje.. było śmiesznie, bo trochę dziwnie na nas patrzyli:-D...  podobalo mi się krzesełko tortur w szkieletem w tle, przemawiało do wyobraźnilimo.... jak będę mieć zdjęcia to wkleję..dziś brak, aparat padł:)...
jutro aż strach do pracy.. brrrr... aaa z tej owej nie wyszlo pół punktu mi braklo, ale w sumie dobrze, nie rozpaczam, wręcz się cieszę, bo znalazłam wspaniałą ofertę - marzenie dla mnie:))), już złożyłam papierki i dowiedziałam się, że za pół roku będzie nabór jeszcze jeden, czyli jak sie teraz nie uda to za poł musi koniecznie:))
moje życie chyba nabiera właściwych kształtów i form..zaczynam wiedzieć co konkretnie chcę, gdzie chcę mieszkać, jak żyć, gdzie pracować...więc nic innego mi nie zostaje jak wziąć się do realizacji:-D... wiem,wiem życie lubi mieć swój scenariusz, ale mogę go trochę ponaciągać:)...jednego jestem pewna CHCĘ ŻYĆ PIĘKNIE i BYC SZCZĘŚLIWA.....

uściski i buziaki

1

nie przedłużyłam weekendu:)).. już nadrabiam zaległości w pisaniu, czytaniu....a w pracy na nowo młynek, że na nic nie ma czasu... prawie "nic" mi sie nie udało przez weekend: nie wyspałam się, nie nadrobiłam żadnych zaległości etc.... ale za to byłam w Dreźnie:-), nagadałam się troszku:-], jeszcze więcej naśmiałam:-D, popłakam też;-((....a wogóle było bajecznie:)))), ale chyba dzięki towarzystwu...), rozładowałam akumulator w samochodzie na całkowitego maksa, tak że już bardziej nie można..0:-)hihih...., więc jak wyjechałam z domku w piątek wieczorem to wróciłam wczoraj o 20.00limo...
Drezno jest pięknym miastem, warto je zobaczyć... jest jeszcze ciągle w odbudowie powojennej i popowodziowej z 2002 roku, ale ma duży urok w sobie.... brukwane uliczki, budowle, budynki z piaskowca, letnia rezydencję królów - Zwinger ,a najlepszy to był zewsząd roznoszący się zapach kwitnących bzów wymieszany z zapachem wód z fontan... jazz unoszący się między uliczkami... po prostu BOSKO...:))) troszeczkę, ale tylko troszeczkę przypominał mi miejscami Włochy, może przez te fontanny, zieleń, specyficzne schody....:)
tęsknica została troche uleczona, ale.... na koniec rozbudzona  jeszcze bardziej.... no cóż tak to już chyba jest.. i stale mi Go mało, mało...i mam niedosyt:-D... nie znaczy to, że stale jest słodko, bo potrafimy się nieźle sprzeczać hihi... ale chłopak daje ze mna radę:).. nawet czasami lubię się z Nim podrażnić:))))

****kolorowych snów****
  DREZNO
Jedna z fontan wokół pałacu Zwinger:)