Przeskocz do treści

2

chciałabym napisać, że nie osądzam, nie oceniam, że za dużo nie mówię o innych, że mam ogrom empatii w sobie..
a cały czas mam wrażenie że za dużo myślę o innych źle, że za dużo korzystam ze swego języka by rujnować a nie budować...
za mało kocham i widzę drzazgę a nie belkę w swoim oku...
za mało kocham, za mało się modlę, a za dużo oceniam i osądzam..
smutne to we mnie...
Zainspirowało mnie zdanie Jakuba do tego by zastanowić się nad moim ocenianiem innych, osądzaniem, by zobaczyć szerszy kontekst czyjegoś postępowania, mówienia, zachowania...
"Pomyśl, że za ich postawą może kryć się jakiś lęk, albo słabość, wobec których czują się bezbronni."
Nigdy nie pomyślałam w ten sposób. Dało mi to nowe spojrzenie na wiele tego co się dzieje wokół mnie ostatnio.
Dziękuję Jakubie.

9

Oto mogę ogłosić radość naszą wielką, 
że moja siostrzenica 18.06.2011r.
urodziła cudnego, maleńkiego Synka. 
2350 g żywej wagi,
główkę ma tak maleńką, że w dłoniach się mieści, 
paluszki ciut większe niż zapałki,
aż strach go na ręce brać, 
żeby mu krzywdy nie zrobić,
rozczula mnie bardzo i w ogóle słodziutki jest...
Nawet okiem już do mnie mrugnął 😉

Wojtek, Szymon albo ??? 🙂

17

Opowieść trzeba zacząć, w końcu niech mnie samej poukłada się wszystko we wspomnieniach, bo pisanie zawsze mnie porządkowało.
To była nasza pierwsza, samodzielnie zorganizowana podróż zagraniczna. Pominę odczucia naszych towarzyszy podróży, a skupię się na moich/naszych. Osobiście lęku u mnie nie było, ducha przygody otrzymałam i nogami przebierałam z radości. Ony, który prawie nie doświadczył żadnych wyjazdów/urlopów, bardzo to przeżywał i trochę się lękał drogi, bo pierwszy raz jechał za granicę jako kierowca. Oboje za to samochodu się baliśmy, gdyż w naszym posiadaniu był dopiero od 10 maja i nie sprawdzony w długie trasy. W każdym razie nikt z nas nie wiedział czego się spodziewać i jaka przygoda nas czeka 🙂
Urlop mieliśmy od czwartku, żeby niby się dobrze przygotować, spakować, odpocząć... plany planami, a życie swoją drogą. W czwartek musiałam udać się na trochę do pracy, a potem jeszcze były inne 'atrakcje' z moją mamą do piątku włącznie (to jednak nadaje się na osobną notkę) 😉
Casoli
droga do naszego lokum 😉
 Dzień I - 27/28.05.2011r.
Wyjazd nastąpił zgodnie z biciem dzwonów oznajmiających godzinę 20.00, pozbieraliśmy towarzystwo po drodze i wyruszyliśmy mijając po drodze Drezno, Monachium, Innsbruck, Bolzano, Bolonię, Florencję, Pistoię. Bardzo nam odpowiadała nocna jazda, zero korków, umiarkowany ruch. Ony w sumie bardzo zmęczony był dopiero  rano, więc zrobiliśmy sobie dłuuugą przerwę w Bolzano.
Dojechaliśmy na miejsce ok. 15.00. z duszą na ramieniu, bo nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Najpierw okazało że musimy jechać 2 km w górę i to na początku było sporym wyzwaniem, ale miejscowość była przeurocza, z pięknymi widokami, domami... raj dla ducha i ciała 🙂 Była tą odskocznią i wytchnieniem, które nam było potrzebne po wszystkich okazałościach toskańskich miast.. mam wątpliwość czy byśmy tak odpoczęli mieszkając w mieście...
Widoki na okoliczne miejscowości rozsiane po górach
Dzień II  - to głównie zapoznanie się z Casoli, okolicą, zachwycanie się przyrodą, górami, widokami, nowo odkrytymi detalami,  śpiewem ptaków, kotami...
o różnych pięknych detalach będzie osobna notka 🙂
O 16.00 byliśmy na Eucharystii po włosku i o dziwo nawet wiedziałam w którym momencie Mszy jestem i co odpowiadać, bo ściąga włoska była 😉
Kaplica
Dzień III - to wyładowany akumulator (bo zostawiliśmy światła sprawdzając lampy po drodze dzień wcześniej), ale po skutecznej pomocy mieszkańców, którzy bardzo żywo się zainteresowali, po wypiciu pierwszego espresso o 11.00 udało nam się wyjechać w kierunku Lukki.
Podsumowując Lukkę chyba trochę byłam nią rozczarowana. Nie mogę zaprzeczyć jej pięknu, urokowi, ale mnie nie 0czarowała.
Kościół San Michele - Lucca
Wyjeżdżając mieliśmy kolejną niespodziankę - stłuczkę w tylny zderzak auta. Ony się zdenerwował, a ja się cieszyłam że tylko tyle i możemy jechać dalej. Załatwiliśmy sprawę polubownie, wina była po stronie Włocha, dał kasę i jest ok 🙂
Pojechaliśmy dalej w kierunku Pizy i Plac Cudów jest hitem tego wyjazdu. Nic później tak mnie nie urzekło, nic tak nie zachwyciło, miałam ochotę usiąść i się stamtąd nie ruszać... Biel marmuru, zieleń trawy, wielkość Baptysterium i Katedry, dbałość o szczegóły - każdej płaskorzeźby, kolumn, fresku.. Krzywa Wieża była kropką nad i tego placu.. byłam zakochana  🙂
Plac Cudów - Piza
 Dzień IV - to to trochę rozbity dzień, nieuporządkowany, przez takie tam niedogadanie całej ekipy. W porze obiadowej jednak częściowo nadrobiliśmy, poszliśmy bowiem na dłuuuugi spacer i odkryliśmy jezioro i maleńką uroczą kapliczkę "Colle a Piano". Po powrocie pojechaliśmy jeszcze do Bagni di Lucca i tam się pozachwycaliśmy lokalną architekturą i lodami 😉
Dzień V - to dzień jeżdżenia po okolicznych miejscowościach w kierunku San Marcello i Pistoi, zagrzania się hamulców, zwiedzania i zachwycania się, zachwycania się, zachwycania się...
w San Marcello
Dzień VI - święto 150 - lecia zjednoczenia Republiki Włoch - a my wyruszyliśmy tym razem na posmakowanie Florencji... we Florencji winno się spędzić tydzień non stop a i tak pewnie będzie mało, uległam jej urokowi.. chciałabym tam wrócić na dłużej, na włóczęgę, na siedzenie na schodach i pod palmą, na zatrzymanie się i podziwianie...
przed tym Jezusem upadłam na kolana i nie mogłam powstać.. jest piękny! - Florencja
Dzień VII - dzień spacerowy po okolicy, leżenie brzuchem do góry, oddawanie się innym przyjemnościom
tak wyglądają drogi do domów 🙂
widoki na inne miejscowości
lawenda
Dzień VIII - to dzień wczesnego wstawania, powrotu i złożenia odwiedzin Wenecji. Hmmm.. w sumie nie wiem co napisać o Wenecji, największą frajdę sprawiło nam jeżdżenie autobusami wodnymi i oglądanie Wenecji z ich pokładu...
błąkając się jej uliczkami tak naprawdę nie podobała mi się, wydała mi się brudna, nieuporządkowana, głośna.. z pokładu statku wydała mi się czarująca i ten lazur wody... Oczywiście Plac św. Marka robi wrażenie, ale miałam chyba przesyt, bo jakoś go prawie ominęłam 😉
Plac św. Marka - Wenecja
Późnym popołudniem to już powrót północnymi Włochami, przez Austrię i Niemcy do domu 🙂
Trochę danych statystycznych:
  • przejechaliśmy 3620 km
  • zużyliśmy 182 litry paliwa
  • na miejscu zrobiliśmy 880 km
  • w jedną stronę jechaliśmy 18 godzin
  • w drugą stronę 23 godziny z przerwą na Wenecję  
Szczerze powiedziawszy to tak szczegółowy opis udało mi się  zrobić, bo byłam mądrzejsza zawczasu i założyłam nasz dziennik pokładowy, który udawało mi się uzupełniać w samochodzie 😉

 

20

Toskania 2011

Zatem czas chyba zabrać głos po moim urlopie. Żyję, mam się znakomicie, odnowiłam na 3/4 swoich sił, opaliłam się, zobaczyłam co nieco, zwolniłam i inne same przyjemne epitety tu być powinny 😉

W sumie mój urlop (po prawdzie winnam napisać nasz) miał dwa etapy, pierwszy to Toskania, drugi to totalnie zwolnienie i oddawanie się przyjemnościom..
Toskania mnie urzekła swoim pięknem, dbaniem o szczegóły, które tworząc całość stanowią o jej pięknie..
Pobyt nasz był zbyt krótki, by ją zacząć smakować, było to raczej rozeznanie terenu i delikatne posmakowanie tego co Toskania może człowiekowi dać.. Byliśmy w odpowiedniej, dla nas, porze roku, gdy wszystko kwitnie, oczarowuje zapachem, nie jest jeszcze zbyt gorąco...
Rozczarowałam się lekko Luccą, Piza powaliła mnie na kolana, z Florencji nie miałam ochoty wyjeżdżać, a jednak pierwsze miejsce w moim rankingu ma przyroda, widoki i nasza wioska w której mieszkaliśmy - Casoli.
Śpiew ptaków od 4 rano i cisza, piękno przyrody i architektury, które ma się ochotę jeść łyżeczkami... kołatki, balkony, doniczki, skrzynki na listy, drzwi, ozdobne kraty, białość marmuru - tego nie da się opisać, opowiedzieć, zdjęcia oddają tylko część piękna i uroku...
Przy tym wszystkim nie należy zapominać o makaronach, pizzy, chlebie, lodach i innych deserach....

Całość, niczym wiśnią na torcie, zakończyliśmy wizytą w Wenecji, która ujęła mnie kolorem morza i architekturą 😉

Zdjęcia prawdziwe to  dopiero będą, ale przedsmak Wam zostawiam 🙂

Toskania 2011