Przeskocz do treści

26

Miałam się podzielić tą wiadomością później, ale nie umiem utrzymać takiej informacji w tajemnicy. Najzabawniejsze, że jestem zaskoczona tak samo jak za pierwszym i drugim razem 🙂

Jestem mamą po raz trzeci!

BabyGaga

 

Zatem idzie nowe, jest nowe życie! Cieszymy się bardzo, choć co niektórzy mniej niż my, ale obowiązku nie ma 😉

8

Ostatnio przeczytałam takie pytanie: Jak chcę być zapamiętana przez dzieci jako matka? Zwizualizowałam sobie stan aktualny. Nie był to najlepszy widok.. haha.. zwłaszcza jak pomyślałam o tym, że za dużo i za głośno mówię [żeby nie powiedzieć krzyczę]. Dzieci pewnie nerwicę będą mieć 😉

Poważnie rzecz ujmując nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo nawet nie wiem czy jestem w stanie i czy ma to sens. Bo cóż powinnam odpowiedzieć? Na pewno mnie zapamiętają i mam nadzieję, że pomimo tego mojego temperamentu, jednak dobrze 😉

Jak ja zapamiętam swoją Mamę? Czy chciałabym być taka jak ona? I tak i nie 🙂
Uważam, że mam najlepszą Mamę na świecie! Nie chciałabym mieć innej, dla mnie jest idealna, choć ma parę wad 😉

Najbardziej ją cenię za ciągłe wymaganie od siebie, zmuszanie do myślenia, wolność w myśleniu czy działaniu, którą we mnie wykształciła, pokazanie wartości pracy nad sobą, kobiecość, wiarę, pracowitość, odpowiedzialność, kulturę i sposób bycia, budowanie rodziny i relacji, miłość do książek, odróżnianie tego co ważniejsze od ważnego... Tak wiele Jej zawdzięczam!
[Tacie też, ale Tata był od innych sfer wychowawczych i stanowili świetny, kochający się duet ;-)]

Chciałabym tak umieć ukształtować dzieci jak moja Mama. Jest oczywiście też kilka rzeczy , które mi się nie podobają i nie chcę ich kopiować do swego macierzyństwa. Czy mi się to udaje? Czasem nie, czasem tak. Dzieci w dużej mierze uczą się przez naśladownictwo, a ja zbyt często upadam i refleksja nad tym przychodzi po fakcie.

Pocieszam się dwoma myślami - pierwsza - że nikt nie jest ideałem, każdy z nas jest człowiekiem i ma wady; - druga - że nad tym wszystkim jest Bóg, który może to co konieczne naprawić, gdy ja zepsuję.

Pierwszy bałwan 2018 jest! 😉

Rano był pisk i 7.30 oboje na podwórku 🙂

 

Herbatka poetycka to konkurs - zachęta zorganizowany przez Więcej niż edukacja [KLIK], a my wzięliśmy udział. Idea jest taka, żeby poczytać poezję w odpowiedniej oprawie. Kto chce wziąć udział to śmiało może, ponieważ trwa do 13 lutego. Zachęcam! 🙂

Wiersze  czytamy w zasadzie codziennie, ale niekoniecznie w specjalnej oprawie. Takie specjalne potraktowanie naszego wspólnego czytania podniosło jego rangę i dało powiew świeżości.

herbatka poetycka

Marcelina żywo i z przejęciem pomagała zorganizować stół, świece, filiżanki i wybrać wiersze. Zaprosiliśmy Tatę i Józia, zadbaliśmy o odpowiedni strój [czytaj: spódnice ;-)], a następnie na zmianę z Tatą Mama czytała wiersze.

Dzisiejszego popołudnia przy herbacie zaszczycili nas swoją obecnością: Julian Tuwim, Aleksander Fredro, Jan Brzechwa, Maria Konopnicka, Ewa Szelburg - Zarembina, Wanda Chotomska, Joanna Kulmowa, Janina Porazińska, Tadeusz Śliwiak i Paweł  Tyczyna.

Marcysia zaprosiła swoje pokojowe towarzystwo - słonia, krokodyla i krowę 😉

zwierzęta

P.S.

Na stronie Więcej niż edukacja są świetne podcasty do posłuchania! Polecam!

18

hmmm jakby to powiedzieć, żeby nie brzmiało dziwnie, ale NIE MAM CZASU i nadal mam kłopot z internetem 😉

Nie wiem czy ktoś tu jeszcze poza Promyczkiem zagląda, mam trochę zaległości w opisie wydarzeń, które mam nadzieję choćby dla swojej pamięci nieco nadrobić.

Aktualnie spędzam każdą wolną chwilę w ogrodzie i nadrabiam zaległości w sianiu i sadzeniu z marca/kwietnia, ale wczoraj wyszłam na prostą! WRESZCIE! Wszystko zostało zasiane co miało być zasiane i zasadzone też. Teraz jeszcze tylko dosieję gdzieniegdzie kwiaty i pozostaje tylko pilnowanie chwastów, a tych zapewne będzie dużo i często, bo im teren wyszarpaliśmy i pchają się biedaki 😉 Do ogrodu jeszcze wrócę i pokażę jak zmiany się poczyniły w tym roku, dla nas kolejny krok do przodu.

Najpierw jednak kilka słów o porodzie i Józiu.

Miałam nie pisać tym razem o porodzie, ale podczas którejś ostatniej rozmowy w koleżanką uświadomiłam sobie, że może jednak warto i może jakaś moja uwaga komuś się przyda, gdyby próbował rodzić siłami natury po cesarskim cięciu. 

Bardzo zależało mi by spróbować urodzić sn po pierwszym cc , zwłaszcza, że wtedy niewiele brakowało by się udało (TU trochę opisałam). 

Tym razem zaczęłam falstartem na początek 39 tygodnia, o czym wcześniej pisałam, i generalnie od tego czasu przez 3 tygodnie byliśmy w nieustannej gotowości i chyba można uznać, że trwały ćwiczenia przedporodowe. Jak to pięknie zostało określone, że miałam poród pełzający. Jak wyjaśniła mi Pewna Położna po cesarskim cięciu organizm powoli się przygotowuje do porodu, skurcze też trwają w dłuższym okresie czasu, by przygotować macicę do wysiłku porodowego. Ta informacja bardzo mi pomogła, bo ustawiła mi właściwe proporcje w głowie i nie dała zwariować podczas skurczy, które nagle zanikały.

Ciągły mi się te trzy tygodnie niemiłosiernie, porodu wyczekiwałam bardzo niecierpliwie, a przez cały czas z przerwami skurczyło i skurczyło. Od 41 tygodnia jeździłam codziennie z torbą do szpitala na KTG i za każdym razem odmawiałam przyjęcia na oddział. Torba była zachowawczo gdyby cokolwiek było nie tak.

Zamiast mieć święty spokój i skupić się na tym co trzeba to albo najpierw lekarz robił kłopot ze zwolnieniem lekarskim i kazał kłaść się do szpitala (skończyło się wcześniejszym macierzyńskim, dwa dni za nim chodziłam bo jak ne dał zwolnienia to potrzebowałam zaświadczenie do macierzyńskiego itd.) albo kilka osób dzwoniło i mnie ustawiało przez telefon, że powinnam się kłaść do szpitala, bo już jestem po świętym terminie.

Po tych trzech tygodniach nie wierzę w żadne "wzmacniacze" porodowe, schodów nie próbowałam, bo na wsi o nie trudno 😉

Po dwóch prawie nie przespanych nocach w niedzielę rano stwierdziłam, że z pewnością po badaniu KTG już nie odmówię przyjęcia na oddział. Zatem po odwiezieniu Marceli w bezpieczne miejsce udaliśmy się na wycieczkę porodową i chociaż czułam się jeszcze średnio porodowo Pani na wejściu od razu stwierdziła "O Pani z porodem", więc chyba coś po mnie było widać 😉

Kolejne KTG było ok, usg wykazało niby wagę 4000, Pan Doktor usilnie cały czas namawiał na cc, zupełnie nie mogąc pojąć że chcę porodu fizjologicznego, zwłaszcza, że nie było żadnych przeciwwskazań do cc. Nie wiem czy był nakaz odgórny, ale zostawili mnie na cały dzień na porodówce prawie wcale się mną nie interesując 😉 A przepraszam co jakiś czas KTG mi robili, ale podobno skurcze były za słabe. Świadomie pisze podobno, bo gdy przyszła kolejna zmiany położna na dzień dobry po spojrzeniu w zapisy od razu stwierdziła, ale przecież Pani JUŻ rodzi 😉

I nagle okazało się, że mam 5 cm rozwarcia i fajną położną do rodzenia 🙂

I lekarz nowy się pojawił, który ucieszył się na mój poród fizjologiczny. 

W każdym razie po około godzinie poród się rozkręcił i doszłam do 9 cm, podczas badania lekarz stwierdził, że zaleca cc, bo dziecię zbyt duże i może utknąć w kanale rodnym. Z takimi informacjami nie dyskutuję, więc skończyło się znowu cc. Niestety.

Podczas cc okazało się, że Józef waży 4800 i jest czarny, co osobiście na mnie zrobiło największe wrażenie 🙂 I urodził się w dniu 90tych urodzin swojej prababci 🙂

Jakby co następny też próbuję siłami natury 🙂

Józef jest super! Śpi, je i waży już ok. 6500 - zatem rośnie!

A Marcelina. 

Pierwszej nocy jednak obudziła się  z płaczem i żalami, że ją zostawiłam, że sobie poszłam, że mnie nie było itd. - jak się potuliłyśmy i naopowiadałyśmy sobie samych dobrych rzeczy to poszła spać dalej i sprawa mojej nieobecności została załatwiona i wyjaśniona.

Bycie starszą siostrą to inny temat - od początku zaglądała do Józia, krzywdy mu nie robi, ostatnio go nawet zaczepia i zagaduje, jak karmię to się bawi przy nas, jest trochę zazdrosna, była przez 2-3 tygodnie wrzaskliwa, ale już jej przechodzi (na szczęście!) i zrobiła się baaardzo przytulaśna 🙂