Przeskocz do treści

Podzielę się świadectwem o Wojtusiu, tym którym urodził się 1,5 miesiąca temu 🙂
Po 10 dniach od narodzenia nagle w piątek okazało się, że jest chory na fenyloketonurię i musi zostać od razu przewieziony  do szpitala uniwersyteckiego w Poznaniu. Ponadto K. - jego mama - była bardzo osłabiona po cesarskim cięciu i trudno jej było dojść do siebie. Zostali więc w szpitalu, gdzie nie było warunków dla matki po porodzie, a to powodowało, że sytuacja była trudna, a dodatkowo stres związany z informacją o chorobie spowodował, że K. zaczęła tracić pokarm, który był niezbędny by Wojtuś mógł normalnie funkcjonować.
A perspektywa była taka, że będą w szpitalu przynajmniej 3 tygodnie.
Na dzień przyjęcia do szpitala wskaźnik fenyloalaniny (rodzaj białka) był na poziomie ok. 35mg/l, a u zdrowego człowieka jest do 1mg/l. Był więc dużo za duży.
Podjęliśmy modlitwę, zorganizowaliśmy rodzinną nocną Adorację Pana Jezusa, ja poprosiłam tez inne osoby o modlitwę za Wojtusia i jego mamę.
Po tygodniu okazało się, że wskaźnik spadł do poziomu 14mgmg/l! Dziękowaliśmy Panu za ten pierwszy mały cud, bo to był szybki spadek, którego się nikt nie spodziewał i gdyby się utrzymał to byłby cień szansy, że za tydzień wyjdzie ze szpitala.
A warunkiem wyjścia ze szpitala było osiągnięcie przez Wojtusia poziomu 6mg/l fenyloalaniny. Więc jeszcze bardziej zintensyfikowaliśmy nasze modlitwy prosząc o te 6 mg/l fenyloalaniny. Po weekendzie we wtorek miał być wynik z krwi jaki jest wskaźnik.
Nadszedł wtorek i .... wskaźnik wynosił 1,8! 🙂
Wojtuś z mamą wyszli do domu.
Sytuacja na dzień dzisiejszy jest taka, że wskaźnik nie podnosi się powyżej 1, jest na poziomie ok. 0,8 - 0,6mg/l.
Nadal się za niego modlimy, by stał się kolejny cud i żeby mógł jeść kiełbaski 😉
Chwała Panu! On jest większy niż nasze prośby, jest o wiele hojniejszy!
Np. my prosiliśmy o wskaźnik 6 a On nam dał 1,8

1

Dziś jadąc samochodem od Rodziców zdałam sobie sprawę jak wielki mam dar w postaci mojej rodziny! Nigdy specjalnie się nad tym nie zastanawiałam, a co za tym idzie nie doceniałam łączących nas więzi.

Mam czworo rodzeństwa, dwie siostry i dwóch braci, wszyscy są starsi bardziej i mniej, mają swoje rodziny. Mimo to udało nam się utrzymać więzi pomiędzy nami, pomimo wielu przeszkód, trudności, przetrzymywania niechęci drugich połówek itd.
Kochamy się i jesteśmy tego świadomi, umiemy ze sobą rozmawiać, spędzać czas, możemy na sobie polegać i zawsze prosić o pomoc. To ogromny dar, ale i równie wielka praca mojej mamy, bez jej wysiłku nie bylibyśmy ze sobą tak zżyci i z pewnością nasze więzi dawno "wilki' już by rozszarpały. Mama zawsze je łączy, klei...

Jak wiadomo poniżej znikałam na spory czas z blogowego świata, nawróciłam się po prostu. Nawróciłam się na nowo do Pana, odkryłam radość z życia w Jego obecności. Uaktywniłam, a raczej zostałam posłana do służby drugim.

Wysłuchiwanie innych, poznawanie ich życia, trudów, bólu zadawanego w rodzinach pozwoliło mi otworzyć oczy na moją rodzinę, na ten nieoceniony dar, który mam w zasięgu ręki. Myślę czasem, że ten dar po coś został mi dany... mogę dzięki temu świadczyć o rodzinie, o jej sile, o miłości, która trwa mimo wszystko..

ps. Pola udało mi się przed jajkami