Przeskocz do treści

10

Późne lato przebiega dość zaskakująco i intensywnie. Bociany odleciały, nasze jaskółki odleciały, ogród się przekształca na witanie jesieni, zimno - dziś było rano 4 stopnie!, plan zajęć dopiero się kształtuje i ciągle zmienia, zaakceptowaliśmy chorobę Onego, mamy fajny czas w małżeństwie, szykujemy się do wesela...

Dziękuję wszystkim za modlitwę! Filip ma czerniaka w początkowej fazie. Polecamy się dalszej modlitwie. Rokowania są dobre, czas pokaże czy będzie odrastał i/lub czy będą przerzuty.

Po dwóch dniach kryzysu mąż został umocniony przez Pana Jezusa i ma pokój w sercu do tego co będzie. Tu ukazała się moc Adoracji Najświętszego Sakramentu, że jest tam żywy i prawdziwy Bóg, który kocha i czeka, by do Niego przyjść. To jest tak namacalne i doświadczalne dla nas, że aż dech zapiera.

Musiałam to napisać, aby każdy ze swymi bolączkami, trudami do Niego poszedł. Żeby nie wątpić w Jego Obecność w Najświętszym Sakramencie. Jezus tam jest i czeka! Żywy, prawdziwy. Słucha. Umacnia. Pokrzepia.

Późne lato

Kolorystyka w ogrodzie się zmieniła i przybiera barwy jesienne. Teraz zwiększam siły przerobowe na zbieranie dobroci z ogrodu i chowanie na zimę, wymieniam garderobę na jesienno - zimową, schowaliśmy basen, jestem na diecie Dąbrowskiej. Mimo, że czasem trochę pada deszcz to nadal jest bardzo mało wody. Nawet nasze ulubione łabędzie musiały zmienić leśny staw, bo w ich już prawie nie ma wody.

Zrobiłam z dziećmi wreszcie (!) stałe miejsce na ognisko. Była niezła zabawa i dzieci dużo zrobiły same.

Wprowadziliśmy też listę z obowiązkami codziennymi. Po zrealizowaniu tygodniowych zadań każdy ma szansę na nagrodę, działa to niezwykle mobilizująco.

Edukacja domowa

Młodzi ok. 20 sierpnia nagle zaszyli się przy stole i tworzą, pracują, więc chyba wtedy rozpoczęli rok szkolny. Mój plan edukacyjny się stworzył realnie wczoraj pod szkołą muzyczną. Jest ramowy, zawiera 4 punkty:

  1. Zajęcia główne: głośne czytanie, nauka czytania, pisania, katecheza, jęz. angielski, matematyka.
  2. Projekty i zadania tematyczne - 1/miesiąc - np. w tym robimy lapbooka o kangurach.
  3. Zajęcia dodatkowe: kontynuacja szkoły muzycznej, harcerstwo, zajęcia plastyczne.
  4. Dodatki edukacyjne: wycieczki, wyjścia do teatru, kina itd., spacer przyrodniczy, rysunek z natury, ćw. logopedyczne.

Mam świadomość, że wiele będzie się nawzajem przenikać. Nastawiam się na wykorzystywanie ich zainteresowań w danym czasie i dostosowanie zajęć. W tym roku na pokładzie mam: Marcelinę 7l., Józka 4,5l., Antka 2l.

Józek tworzy różne dzieła przestrzenne z papieru - podziwiam jego pomysłowość. Pod względem malowania, rysowania to wystrzelił w ciągu kilku miesięcy niesamowicie do przodu, wciąż nie mogę się temu nadziwić.

Marcelina pisze i maluje ogromne ilości liścików, wróciła po przerwie do grania na wiolonczeli, powoli wkraczamy w czytanie, aktualnie fascynują ją kangury.

Remont poddasza

Remont poddasza robi się w międzyczasie 😉 Marcelina z Józkiem spali jedną noc na górze, na materacach na podłodze. Bynajmniej to nie oznacza, że da się tam już mieszkać... haha.. w ten sposób świętowali świętowali przybicie desek w pokoju Marceliny 🙂

W każdym razie prace powoli posuwają się do przodu, ściany działowe już są, wełną uzupełniona, część instalacji położona, wyrównana podłoga i nabite deski w 1/3 powierzchni. Aktualnie trwa wyrównywanie i kładzenie płyt osb na dalszej powierzchni. Do kładzenia płyt kartonowo - gipsowych jeszcze kawałek 😉

PS. Mam do Was prośbę - jak rozumiecie łagodność? Bardzo mnie ta łagodność gnębi i chodzi za mną i chciałabym może spojrzeć z innej strony, bo może czegoś w niej nie dostrzegam.

Podzielę się świadectwem o Wojtusiu, tym którym urodził się 1,5 miesiąca temu 🙂
Po 10 dniach od narodzenia nagle w piątek okazało się, że jest chory na fenyloketonurię i musi zostać od razu przewieziony  do szpitala uniwersyteckiego w Poznaniu. Ponadto K. - jego mama - była bardzo osłabiona po cesarskim cięciu i trudno jej było dojść do siebie. Zostali więc w szpitalu, gdzie nie było warunków dla matki po porodzie, a to powodowało, że sytuacja była trudna, a dodatkowo stres związany z informacją o chorobie spowodował, że K. zaczęła tracić pokarm, który był niezbędny by Wojtuś mógł normalnie funkcjonować.
A perspektywa była taka, że będą w szpitalu przynajmniej 3 tygodnie.
Na dzień przyjęcia do szpitala wskaźnik fenyloalaniny (rodzaj białka) był na poziomie ok. 35mg/l, a u zdrowego człowieka jest do 1mg/l. Był więc dużo za duży.
Podjęliśmy modlitwę, zorganizowaliśmy rodzinną nocną Adorację Pana Jezusa, ja poprosiłam tez inne osoby o modlitwę za Wojtusia i jego mamę.
Po tygodniu okazało się, że wskaźnik spadł do poziomu 14mgmg/l! Dziękowaliśmy Panu za ten pierwszy mały cud, bo to był szybki spadek, którego się nikt nie spodziewał i gdyby się utrzymał to byłby cień szansy, że za tydzień wyjdzie ze szpitala.
A warunkiem wyjścia ze szpitala było osiągnięcie przez Wojtusia poziomu 6mg/l fenyloalaniny. Więc jeszcze bardziej zintensyfikowaliśmy nasze modlitwy prosząc o te 6 mg/l fenyloalaniny. Po weekendzie we wtorek miał być wynik z krwi jaki jest wskaźnik.
Nadszedł wtorek i .... wskaźnik wynosił 1,8! 🙂
Wojtuś z mamą wyszli do domu.
Sytuacja na dzień dzisiejszy jest taka, że wskaźnik nie podnosi się powyżej 1, jest na poziomie ok. 0,8 - 0,6mg/l.
Nadal się za niego modlimy, by stał się kolejny cud i żeby mógł jeść kiełbaski 😉
Chwała Panu! On jest większy niż nasze prośby, jest o wiele hojniejszy!
Np. my prosiliśmy o wskaźnik 6 a On nam dał 1,8

1

Dziś jadąc samochodem od Rodziców zdałam sobie sprawę jak wielki mam dar w postaci mojej rodziny! Nigdy specjalnie się nad tym nie zastanawiałam, a co za tym idzie nie doceniałam łączących nas więzi.

Mam czworo rodzeństwa, dwie siostry i dwóch braci, wszyscy są starsi bardziej i mniej, mają swoje rodziny. Mimo to udało nam się utrzymać więzi pomiędzy nami, pomimo wielu przeszkód, trudności, przetrzymywania niechęci drugich połówek itd.
Kochamy się i jesteśmy tego świadomi, umiemy ze sobą rozmawiać, spędzać czas, możemy na sobie polegać i zawsze prosić o pomoc. To ogromny dar, ale i równie wielka praca mojej mamy, bez jej wysiłku nie bylibyśmy ze sobą tak zżyci i z pewnością nasze więzi dawno "wilki' już by rozszarpały. Mama zawsze je łączy, klei...

Jak wiadomo poniżej znikałam na spory czas z blogowego świata, nawróciłam się po prostu. Nawróciłam się na nowo do Pana, odkryłam radość z życia w Jego obecności. Uaktywniłam, a raczej zostałam posłana do służby drugim.

Wysłuchiwanie innych, poznawanie ich życia, trudów, bólu zadawanego w rodzinach pozwoliło mi otworzyć oczy na moją rodzinę, na ten nieoceniony dar, który mam w zasięgu ręki. Myślę czasem, że ten dar po coś został mi dany... mogę dzięki temu świadczyć o rodzinie, o jej sile, o miłości, która trwa mimo wszystko..

ps. Pola udało mi się przed jajkami