Przeskocz do treści

Letnia niedziela, prawdziwie letnia niedziela nam się dziś trafiła, a na dodatek tak jak od dawna marzyliśmy czyli we własnym gronie, bez wyjazdów i bez wizyt. Pogoda idealna i czas zabukowany dla nas 😉

Zatem świętowaliśmy niedzielę leniwym śniadaniem, udziałem we Mszy św., łapaniem motyli, długim spacerem, zrywaniem pierwszego ogórka, kawą na tarasie, starą książką odkrytą na półce, bieganiem za piłką, rozmowami niezbyt nawet przerywanymi, modlitwą, pysznym ogródkowym obiadem, wąchaniem kwiatów i podziwianiem przyrody, patrzeniem z Marcysią w niebo i podglądaniem ptaszków..... dużo dziś dobrego, naszego czasu było!

Czyli dobrze nam się marzyło 🙂

czarna porzeczkahortensjamaklawendawerbena

67

Zbieram się i zbieram by napisać, ale natchnienia brak 😉

Taką uwagę zrobię ogólną do całości, że przez te kilka dni czułam i widziałam jak Pan Bóg się o mnie troszczy czasem nawet w bardzo prostych rzeczach jak np. spotkanie konkretnej osoby, osobny pokój, czyjaś życzliwość. Czułam modlitwę, która w jakiś przedziwny sposób mnie niosła, chroniła i dawała ogromny POKÓJ. Ogromny wewnętrzny pokój to chyba było to co mnie najbardziej zaskoczyło przez cały okres porodu i po porodzie.

Zatem moja historia porodowa zaczęła się z czwartku na piątek o 1.15 odpłynięciem wód. I to jest dla mnie hit porodu, ponieważ pół ciąży zastawiałam się co ja zrobię jak nie zauważę ich wypłynięcia. A tu dość, że zauważyłam to 3 minuty przed wiedziałam, że właśnie za chwilę pęknie mi pęcherz 😉  Zabawnie było jak obudziłam Onego i mówię, że wody idą, by szybko przyniósł ręczniki. A on wyskoczył jak oparzony z łóżka i pyta się jakie wody!!?? Zaczęłam się śmiać i jeszcze szybciej  wody leciały 😉 Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości jak ja to uprzejmie donoszę, że NIE DA się nie zauważyć odpłynięcia wód.
Przed porodem zarzekałam się, że do szpitala pojadę jak będę mieć skurcze co 5 minut. A pojechałam 2 godziny po wypłynięciu wód z pojawiającymi się coraz częściej bólami krzyżowymi i skurczami. [tu będzie punkt do poprawki przy następnym porodzie, bo żałowałam później że nie zrobiłam jak planowałam ;-)].
Przyjęto mnie, zaprowadzono do sali porodowej i .... poszliśmy spać 🙂
O 10 lekarz stwierdził, że skurcze za słabe i idę na patologię ciąży czekać na skurcze właściwe. To poszłam. Tylko, że one wcale nie zwiększały swej intensywności i czekałam, czekałam...
Za to całą noc z piątku na sobotę męczyły mnie skurcze i bóle krzyżowe [i współczułam wszystkim kobietom wcześniejszym, które musiały cierpieć i rodzić na leżąco]. W sumie więc nie pospałam kolejnej nocy, bo nie dało rady.
W sobotę rano lekarz zawitał, zaprosił na badanie i stwierdził 2 cm rozwarcia. Zaprosił mnie do porodu z oksytocyną. Więc grzecznie powiedziałam, że jej nie chcę, że chcę naturalnie bez wspomagaczy. No to otrzymałam cała tyradę o braku odpowiedzialności, że to ogromne zagrożenie dla dziecka, bo już 1,5 doby bez wód itd. Wysłuchałam grzecznie, powiedziałam że jestem świadoma ale nie zgadzam się na oksytocynę. Zdenerwował się, bo zdążył już zapisać pół strony w karcie i mu szyki popsułam, dopisał kolejne ileś wierszy i kazał podpisać. Co uczyniłam i poszłam.
W tym samym czasie na oddział 'przypadkiem' przyszła położna z którą miałam rodzić i namówiła mnie na badanie, bo nie potrafiłam jej odpowiedzieć na pytanie o szyjkę. Zbadała mnie i stwierdziła, że jest dobre 4 cm rozwarcia i szyjka przygotowana do porodu. Namówiła mnie bym jednak poszła na tą salę porodową, żeby poużywać piłki, różnej aktywności itd. No to się zgodziłam. Spakowałam manatki, zadzwoniłam po Onego i znalazłam się na porodówce. Faktycznie aktywność po niedługim czasie zaczęła powodować, że skurcze miałam intensywniejsze i częstsze. Najlepiej było mi na piłce z masażem krzyża przez Onego, będę go za to wychwalać bez końca. Pamiętam, że przez jakiś czas fajnie nam się rozmawiało, a w pewnym momencie czułam się trochę jak w transie przypływam - odpływałam. I nawet zdarzało mi się wtedy myśleć, że przecież to miało być jeszcze trudniejsze. W tym samym czasie czasowo też już nie ogarniałam. Położna mnie zbadała i stwierdziła 9 cm rozwarcia. Nie mogłam uwierzyć, że niedługo finał.
Po niedługim czasie (tak mi się wydawało) zaczęły się parte. W pewnym momencie pomiędzy falami tych skurczy coś było nie tak, bo nie miałam chwili na 'złapanie oddechu', bo mnie bardzo bolało na dole.
Zmieniałyśmy miejsca, bo może gdzieś byłoby mi lepiej przeć [miejsce takie znalazłam i chcę tam spróbować następnym razem ;-)], tylko nie było efektu. Trwało to chyba z 1,5 godziny (chyba bo tak na oko sobie policzyłam). Zjawili się lekarze, jeden mnie zbadał i stwierdził niewspółmierność porodową, że do cesarskiego cięcia. Jakoś nie było we mnie buntu czy strachu, się zgodziłam i akcja cc się zaczęła. Szczegółów oszczędzę, ale na urwał mi się film. Marcelina urodziła się o 16.57 w sobotę 🙂
Na sali poporodowej od razu poprosiłam o położenie Marceliny przy mnie i zabrałam się za karmienie. Dobrze, że tylko głową ruszać nie mogłam, bo ręce się przydały i Młoda od razu jadła 🙂 No i już jej nie oddałam ze swego łóżka szpitalnego 🙂

CDN 😉

 

 

14

Naszły mnie chęci na czytanie o wyprawkach, karmieniu piersią, chustowaniu... zatem czytam i gromadzę wiedzę, a jak dziś zobaczyłam filmik "Warto karmić piersią" to się zastanawiałam czy ja będę umieć, ale pocieszam się myślą, że przecież każda mama prawie potrafi, więc mam szanse 😉
Młody mnie kopie coraz wyraźniej i mocniej. Ony ostatnio cały ranek leżał mi na brzuchu i nasłuchiwał, ale mówi, że nic nie usłyszał ani poczuł, więc musi poczekać 😉

Uporządkowałam WSZYSTKIE zdjęcia, które były zgromadzone w naszym domu. Jestem mega z tego zadowolona. I mam jeszcze jedną BARDZO DOBRĄ wiadomość - odzyskał mi kolega Onego wszystkie zdjęcia i dokumenty z dysku. Okazało się, że to wirus niszczył po kolei wszystkie partycje. I dysk też będzie dobry 🙂
Zatem pozostaje mi tylko wywołanie tych odzyskanych zdjęć z 2012 roku i będzie sprawa załatwiona 😉

Niestety wyjęłam ostatnie maliny z zamrażarki.. pyszne! :-)
Niestety wyjęłam ostatnie maliny z zamrażarki.. pyszne! 🙂

Poza tym chcemy stworzyć taką naszą tradycję domową, aby co roku w święto Świętej Rodziny wybierać patrona na rok kolejny, któremu chcemy się w sposób szczególny polecać, którego chcemy poznawać. Już rok temu przymierzałam się ja do wprowadzenia owego pomysłu, ale nie przekonałam wtedy do tego Onego i trochę to umarło śmiercią naturalną.
W tym roku obraliśmy dla naszej rodziny za patronów małżeństwo bł. Zelii i Ludwika Martin, rodziców św. Tereski od Dzieciątka Jezus, z którymi zaprzyjaźniamy się oraz poznajemy. Teraz zaznajamiamy się z ich życiorysami, zaczytujemy w Korespondencji Rodzinnej i obmyślamy co w związku z tym dalej jeszcze zaplanować. Może fajnie by było zorganizować sobie własną pielgrzymkę, no jeszcze coś wymyślimy. Początki są najtrudniejsze 🙂

Rodzina Martin

16

No i dopadła mnie niemożność spania. Dziś po raz pierwszy zamiast męczyć się dalej w łóżku, wstałam i zasiadłam do komputera. Duże zaległości mam, bo do komputera nie podchodziłam prawie wcale od tygodnia 🙂
17 tydzień się dziś zaczyna i niedługo połowa ciąży będzie. Na razie najwięcej różnych 'atrakcji' przyniósł mi czwarty miesiąc. Maluch się rozpycha, brzuch mi się czasem napina, twardawy się robi, no i urósł mi brzuch 😉

tegoroczne choinki kuchenne 😉

Z Onym jeszcze świętujemy, bo ma wolne, więc korzystamy z danego nam czasu. Zrobiłam śpiewniki kolędowe w tym roku i wczoraj pokolędowaliśmy ze znajomymi. Fajnie było.
I mi się zbiera od wczoraj na podsumowania roku 2012 i na planowanie roku przyszłego, ciekawe co z tego wyjdzie 🙂

Na razie uciekam, bo dolegliwości ciążowe zmuszają mnie do ucieczki 😉