Przeskocz do treści

18

hmmm jakby to powiedzieć, żeby nie brzmiało dziwnie, ale NIE MAM CZASU i nadal mam kłopot z internetem 😉

Nie wiem czy ktoś tu jeszcze poza Promyczkiem zagląda, mam trochę zaległości w opisie wydarzeń, które mam nadzieję choćby dla swojej pamięci nieco nadrobić.

Aktualnie spędzam każdą wolną chwilę w ogrodzie i nadrabiam zaległości w sianiu i sadzeniu z marca/kwietnia, ale wczoraj wyszłam na prostą! WRESZCIE! Wszystko zostało zasiane co miało być zasiane i zasadzone też. Teraz jeszcze tylko dosieję gdzieniegdzie kwiaty i pozostaje tylko pilnowanie chwastów, a tych zapewne będzie dużo i często, bo im teren wyszarpaliśmy i pchają się biedaki 😉 Do ogrodu jeszcze wrócę i pokażę jak zmiany się poczyniły w tym roku, dla nas kolejny krok do przodu.

Najpierw jednak kilka słów o porodzie i Józiu.

Miałam nie pisać tym razem o porodzie, ale podczas którejś ostatniej rozmowy w koleżanką uświadomiłam sobie, że może jednak warto i może jakaś moja uwaga komuś się przyda, gdyby próbował rodzić siłami natury po cesarskim cięciu. 

Bardzo zależało mi by spróbować urodzić sn po pierwszym cc , zwłaszcza, że wtedy niewiele brakowało by się udało (TU trochę opisałam). 

Tym razem zaczęłam falstartem na początek 39 tygodnia, o czym wcześniej pisałam, i generalnie od tego czasu przez 3 tygodnie byliśmy w nieustannej gotowości i chyba można uznać, że trwały ćwiczenia przedporodowe. Jak to pięknie zostało określone, że miałam poród pełzający. Jak wyjaśniła mi Pewna Położna po cesarskim cięciu organizm powoli się przygotowuje do porodu, skurcze też trwają w dłuższym okresie czasu, by przygotować macicę do wysiłku porodowego. Ta informacja bardzo mi pomogła, bo ustawiła mi właściwe proporcje w głowie i nie dała zwariować podczas skurczy, które nagle zanikały.

Ciągły mi się te trzy tygodnie niemiłosiernie, porodu wyczekiwałam bardzo niecierpliwie, a przez cały czas z przerwami skurczyło i skurczyło. Od 41 tygodnia jeździłam codziennie z torbą do szpitala na KTG i za każdym razem odmawiałam przyjęcia na oddział. Torba była zachowawczo gdyby cokolwiek było nie tak.

Zamiast mieć święty spokój i skupić się na tym co trzeba to albo najpierw lekarz robił kłopot ze zwolnieniem lekarskim i kazał kłaść się do szpitala (skończyło się wcześniejszym macierzyńskim, dwa dni za nim chodziłam bo jak ne dał zwolnienia to potrzebowałam zaświadczenie do macierzyńskiego itd.) albo kilka osób dzwoniło i mnie ustawiało przez telefon, że powinnam się kłaść do szpitala, bo już jestem po świętym terminie.

Po tych trzech tygodniach nie wierzę w żadne "wzmacniacze" porodowe, schodów nie próbowałam, bo na wsi o nie trudno 😉

Po dwóch prawie nie przespanych nocach w niedzielę rano stwierdziłam, że z pewnością po badaniu KTG już nie odmówię przyjęcia na oddział. Zatem po odwiezieniu Marceli w bezpieczne miejsce udaliśmy się na wycieczkę porodową i chociaż czułam się jeszcze średnio porodowo Pani na wejściu od razu stwierdziła "O Pani z porodem", więc chyba coś po mnie było widać 😉

Kolejne KTG było ok, usg wykazało niby wagę 4000, Pan Doktor usilnie cały czas namawiał na cc, zupełnie nie mogąc pojąć że chcę porodu fizjologicznego, zwłaszcza, że nie było żadnych przeciwwskazań do cc. Nie wiem czy był nakaz odgórny, ale zostawili mnie na cały dzień na porodówce prawie wcale się mną nie interesując 😉 A przepraszam co jakiś czas KTG mi robili, ale podobno skurcze były za słabe. Świadomie pisze podobno, bo gdy przyszła kolejna zmiany położna na dzień dobry po spojrzeniu w zapisy od razu stwierdziła, ale przecież Pani JUŻ rodzi 😉

I nagle okazało się, że mam 5 cm rozwarcia i fajną położną do rodzenia 🙂

I lekarz nowy się pojawił, który ucieszył się na mój poród fizjologiczny. 

W każdym razie po około godzinie poród się rozkręcił i doszłam do 9 cm, podczas badania lekarz stwierdził, że zaleca cc, bo dziecię zbyt duże i może utknąć w kanale rodnym. Z takimi informacjami nie dyskutuję, więc skończyło się znowu cc. Niestety.

Podczas cc okazało się, że Józef waży 4800 i jest czarny, co osobiście na mnie zrobiło największe wrażenie 🙂 I urodził się w dniu 90tych urodzin swojej prababci 🙂

Jakby co następny też próbuję siłami natury 🙂

Józef jest super! Śpi, je i waży już ok. 6500 - zatem rośnie!

A Marcelina. 

Pierwszej nocy jednak obudziła się  z płaczem i żalami, że ją zostawiłam, że sobie poszłam, że mnie nie było itd. - jak się potuliłyśmy i naopowiadałyśmy sobie samych dobrych rzeczy to poszła spać dalej i sprawa mojej nieobecności została załatwiona i wyjaśniona.

Bycie starszą siostrą to inny temat - od początku zaglądała do Józia, krzywdy mu nie robi, ostatnio go nawet zaczepia i zagaduje, jak karmię to się bawi przy nas, jest trochę zazdrosna, była przez 2-3 tygodnie wrzaskliwa, ale już jej przechodzi (na szczęście!) i zrobiła się baaardzo przytulaśna 🙂

 

67

Zbieram się i zbieram by napisać, ale natchnienia brak 😉

Taką uwagę zrobię ogólną do całości, że przez te kilka dni czułam i widziałam jak Pan Bóg się o mnie troszczy czasem nawet w bardzo prostych rzeczach jak np. spotkanie konkretnej osoby, osobny pokój, czyjaś życzliwość. Czułam modlitwę, która w jakiś przedziwny sposób mnie niosła, chroniła i dawała ogromny POKÓJ. Ogromny wewnętrzny pokój to chyba było to co mnie najbardziej zaskoczyło przez cały okres porodu i po porodzie.

Zatem moja historia porodowa zaczęła się z czwartku na piątek o 1.15 odpłynięciem wód. I to jest dla mnie hit porodu, ponieważ pół ciąży zastawiałam się co ja zrobię jak nie zauważę ich wypłynięcia. A tu dość, że zauważyłam to 3 minuty przed wiedziałam, że właśnie za chwilę pęknie mi pęcherz 😉  Zabawnie było jak obudziłam Onego i mówię, że wody idą, by szybko przyniósł ręczniki. A on wyskoczył jak oparzony z łóżka i pyta się jakie wody!!?? Zaczęłam się śmiać i jeszcze szybciej  wody leciały 😉 Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości jak ja to uprzejmie donoszę, że NIE DA się nie zauważyć odpłynięcia wód.
Przed porodem zarzekałam się, że do szpitala pojadę jak będę mieć skurcze co 5 minut. A pojechałam 2 godziny po wypłynięciu wód z pojawiającymi się coraz częściej bólami krzyżowymi i skurczami. [tu będzie punkt do poprawki przy następnym porodzie, bo żałowałam później że nie zrobiłam jak planowałam ;-)].
Przyjęto mnie, zaprowadzono do sali porodowej i .... poszliśmy spać 🙂
O 10 lekarz stwierdził, że skurcze za słabe i idę na patologię ciąży czekać na skurcze właściwe. To poszłam. Tylko, że one wcale nie zwiększały swej intensywności i czekałam, czekałam...
Za to całą noc z piątku na sobotę męczyły mnie skurcze i bóle krzyżowe [i współczułam wszystkim kobietom wcześniejszym, które musiały cierpieć i rodzić na leżąco]. W sumie więc nie pospałam kolejnej nocy, bo nie dało rady.
W sobotę rano lekarz zawitał, zaprosił na badanie i stwierdził 2 cm rozwarcia. Zaprosił mnie do porodu z oksytocyną. Więc grzecznie powiedziałam, że jej nie chcę, że chcę naturalnie bez wspomagaczy. No to otrzymałam cała tyradę o braku odpowiedzialności, że to ogromne zagrożenie dla dziecka, bo już 1,5 doby bez wód itd. Wysłuchałam grzecznie, powiedziałam że jestem świadoma ale nie zgadzam się na oksytocynę. Zdenerwował się, bo zdążył już zapisać pół strony w karcie i mu szyki popsułam, dopisał kolejne ileś wierszy i kazał podpisać. Co uczyniłam i poszłam.
W tym samym czasie na oddział 'przypadkiem' przyszła położna z którą miałam rodzić i namówiła mnie na badanie, bo nie potrafiłam jej odpowiedzieć na pytanie o szyjkę. Zbadała mnie i stwierdziła, że jest dobre 4 cm rozwarcia i szyjka przygotowana do porodu. Namówiła mnie bym jednak poszła na tą salę porodową, żeby poużywać piłki, różnej aktywności itd. No to się zgodziłam. Spakowałam manatki, zadzwoniłam po Onego i znalazłam się na porodówce. Faktycznie aktywność po niedługim czasie zaczęła powodować, że skurcze miałam intensywniejsze i częstsze. Najlepiej było mi na piłce z masażem krzyża przez Onego, będę go za to wychwalać bez końca. Pamiętam, że przez jakiś czas fajnie nam się rozmawiało, a w pewnym momencie czułam się trochę jak w transie przypływam - odpływałam. I nawet zdarzało mi się wtedy myśleć, że przecież to miało być jeszcze trudniejsze. W tym samym czasie czasowo też już nie ogarniałam. Położna mnie zbadała i stwierdziła 9 cm rozwarcia. Nie mogłam uwierzyć, że niedługo finał.
Po niedługim czasie (tak mi się wydawało) zaczęły się parte. W pewnym momencie pomiędzy falami tych skurczy coś było nie tak, bo nie miałam chwili na 'złapanie oddechu', bo mnie bardzo bolało na dole.
Zmieniałyśmy miejsca, bo może gdzieś byłoby mi lepiej przeć [miejsce takie znalazłam i chcę tam spróbować następnym razem ;-)], tylko nie było efektu. Trwało to chyba z 1,5 godziny (chyba bo tak na oko sobie policzyłam). Zjawili się lekarze, jeden mnie zbadał i stwierdził niewspółmierność porodową, że do cesarskiego cięcia. Jakoś nie było we mnie buntu czy strachu, się zgodziłam i akcja cc się zaczęła. Szczegółów oszczędzę, ale na urwał mi się film. Marcelina urodziła się o 16.57 w sobotę 🙂
Na sali poporodowej od razu poprosiłam o położenie Marceliny przy mnie i zabrałam się za karmienie. Dobrze, że tylko głową ruszać nie mogłam, bo ręce się przydały i Młoda od razu jadła 🙂 No i już jej nie oddałam ze swego łóżka szpitalnego 🙂

CDN 😉