Przeskocz do treści

W ostatnim czasie dużo mówi się o konieczności wychowania patriotycznego młodego pokolenia. Podkreśla się, że wzorem może być wychowanie pokolenia przedwojennego zawartego w haśle „Bóg – Honor – Ojczyzna”, które swą postawą w okresie wojny dało dowody umiłowania Ojczyzny. Spróbujmy pokazać, jak etos młodzieży był kształtowany w przedwojennych czasach.

Istotne jest zrozumienie idei etosu i pokazanie, jaki on miał wpływ na kształtowanie się patriotyzmu. Pozwalam sobie zaprezentować pewne odczucia zapamiętane z przedwojennych czasów.
Patriotyzm Polaka kształtował się w rodzinie, w szkole, w środowisku oraz w Kościele. Słowa polskie wynieśliśmy z domu. To najwięcej matka,  ojciec i rodzina uczyli nas polskiej mowy. To był pierwszy etap kształtowania naszej postawy patriotycznej. To dom rodzinny był fundamentem polskości. Język był piękny, prosty i czysty. Strofa W. Bełzy „Kto ty jesteś?  Polak mały” była pierwszym naszym katechizmem. W wielu rodzinach wspólne czytanie „Trylogii” Henryka Sienkiewicza było dalszym poznawaniem polskiego języka i pierwszą lekcją patriotyzmu. Z tej lektury poznawaliśmy dzieje naszego narodu i jego bohaterstwo.
Zadania rodziców i rodziny nie ograniczały się jedynie do nauczania języka. Od pierwszych lat życia kształtowano w nas uczuciowość, wiarę i szacunek dla starszych i zmarłych.


Odwoływano się do przeszłości rodzinnej, uświadamiano znaczenie pamiątek rodzinnych, regionalnych oraz narodowych. Zachęcano do życzliwości i grzeczności nie tylko do bliskich, ale i do obcych. Uświadamiano, że odstępstwa od zachowań, jakie obowiązywały w rodzinie, mogą być czymś złym. Braliśmy przykład z rodziców. To oni kształtowali w nas ambicję, abyśmy nie byli gorsi od innych dzieci, a nawet  abyśmy byli lepszymi. Ta ewentualna rywalizacja nie wykluczała życzliwości wobec tych, od których mieliśmy być lepsi.
Ważne było wyrabianie nawyku pomocy rodzicom, rodzeństwu czy nawet obcym ludziom i przekonywanie, ile dają satysfakcji i radości dobre uczynki. Wykazywano, że więcej jest warte być dobrym niż mieć coś, nawet najbardziej materialnie cennego. Oczywiście nie zagłuszało to naszego szacunku do trudu ciężkiej pracy rodziny dla jej utrzymania. Uświadamiano nam znaczenie sprawiedliwości i jak wielką wartością człowieka jest jego honor i godność. Uczono też pokory, ale nie służalczej, i ukazywano wartość tolerancji, ale nie dla zła. Stanowczością kształtowano nasze charaktery. Nie rozpieszczano nas, mieliśmy wyznaczane obowiązki, z których trzeba było się rozliczać.
Zachowania takie początkowo powtarzane z polecenia, później z coraz większym zrozumieniem, wnikały do naszej podświadomości i stawały się nawykami, zasadami moralnymi. Budowały nasz etos.
Istotne w naszej postawie było docenianie więzów krwi, braterstwa, poczucie wspólnoty, życzliwości i szlachetności oraz tzw. przywiązania do ludzi i otoczenia. Takie zachowania rozwijały się w coraz szerszym zasięgu: rodzina, sąsiedzi, środowisko koleżeńskie, zespół klasowy, szkoła, wieś, ulica, miasto region i cała Polska.
Powie ktoś, że to normalne zasady wychowania. Tak, to kiedyś były normalne zasady, którymi kierowała się większość rodzin i dziś tak właśnie powinno się wychowywać już najmłodsze pokolenie.
Kolejny etap kształtowania postawy młodzieży zasługującej na uznanie to wpływ środowiska. Rodzice mieli wpływ na dobór naszych kolegów i koleżanek. „Unikaj zabaw z tym lub z tamtym” - padały przestrogi. „Nie naśladuj go, bo jest ordynarny w słowach i w zachowaniu. Powstrzymuj go od złego. Broń słabszego”. Te przestrogi i zalecenia braliśmy sobie do serca, niestosowanie się do nich mogło przynieść wstyd nie tylko nam, ale i naszej rodzinie. Honor naszych bliskich był dla nas cenną wartością. W szczególnych przypadkach gotowi byliśmy do poświęceń, nawet dla tych, których nie ceniliśmy, jeśli spotykało ich nieszczęście lub jakaś krzywda. Nade wszystko czuliśmy więzy solidarności z grupą, klasą szkolną, rejonem zamieszkania. Koleżeństwo to nie tylko zabawy, w których obowiązywały zasady godnej rywalizacji, ale również życzliwość, słowność i ofiarność.
Szacunkiem otaczaliśmy nasze koleżanki, starając się im pomagać. Niewyobrażalne było przy nich użycie brzydkiego, ordynarnego słowa i reagowaliśmy stanowczo na nieodpowiednie zachowanie innych. Takie zachowanie w środowisku stawało się naszym nawykiem, „wchodziło nam w krew”.
Nasze pokolenie wspomina prawdziwą polską szkołę, dla wszystkich obowiązkową, powszechną, a dla wielu jeszcze i średnią. Nasi nauczyciele to byli prawdziwi nauczyciele z powołania! Życzliwi, troskliwi, przyjacielscy, sprawiedliwi, prezentujący wysoką godność i kulturę osobistą. Wyczuwaliśmy, że zależy im, abyśmy ich polubili. Byli dla nas wzorem od momentu przekroczenia progu szkolnego. Otaczaliśmy ich szacunkiem.
Sala klasowa robiła wrażenie panującym w niej porządkiem. Na czołowej ścianie krzyż - symbol wiary, oraz godło Polski – dumny, pełen godności, orzeł w koronie, zaś obok portret prezydenta Rzeczypospolitej i Marszałka Józefa Piłsudskiego, a w ostatnich latach przed wojną, też bohatera narodowego marsz. Edwarda Rydza-Śmigłego. Ten wystrój klasy zobowiązywał i przypominał, kim jesteśmy. Mobilizował do szacunku dla naszej Ojczyzny. Początek zajęć z modlitwą wywoływał nastrój skupienia. Dla takiej szkoły szacunek mieli też i nasi żydowscy koledzy i koleżanki. Bywało, że zostawali nawet na lekcjach religii. Odwzajemnialiśmy się im uznaniem dla ich wiary. Na uroczystościach szkolnych śpiewany hymn narodowy lub inne pieśni historyczne tworzyły podniosły nastrój, poruszały serca i napawały dumą.
Klasa przeważnie była to około 40-osobowa  gromada bliskich wiekowo uczniów. Na miarę możliwości starannie ubranych, w mundurkach, które były traktowane jako symbol wyróżnienia i godności. Kolor oblamówki oznaczał wyższy stopień szkoły. A tarcza na rękawie identyfikująca szkołę ceniona była jak zdobyty medal. Te zewnętrzne formy życia szkolnego zespalały. Czuliśmy więź nieomalże rodzinną. Honor naszej klasy był dla nas cenną wartością, podobnie jak w rodzinie. Koleżeństwo przeradzało się w braterstwo. Coraz bardziej czuliśmy potrzebę pomagania sobie wzajemnie, i to raczej nie przez ściągawki, ale wytłumaczenie, przypomnienie treści czasami trudnych lekcji. Nasi wychowawcy rozbudzali w nas ambicję najlepszych w nauce i sporcie. Nie wszyscy byliśmy jednakowo zdolni, czasami zdażały nam się zaniedbania, ale bardzo, bardzo nam było żal rodziców zasmuconych naszymi nie najlepszymi niekiedy wynikami w nauce.
Metodami nauczania na lekcjach były rzeczowe wyjaśnienia, rozumowe tłumaczenie w zakresie nauk ścisłych oraz płomienne wykłady z języka polskiego, z historii, a nawet i z geografii. Nie było przerzucania ciężaru samodzielnego poznawania wiedzy na ucznia w domu.  Treści podręczników czytaliśmy z zapałem, bo były pisane interesująco. Dobór lektur z przedmiotów humanistycznych  kształtował charaktery, rozbudzał naszą uczuciowość i poczucie godności narodowej, dumy, że jesteśmy Polakami.
Wielką rolę w kształtowaniu postawy moralnej odegrała literatura. Polska książka!  Analizowaliśmy i przeżywaliśmy losy bohaterów, którzy mogli być dla nas przykładem. Polska książka uczyła miłości Boga, Ojczyzny i ludzi. Z niej poznawaliśmy dzieje naszego Narodu, ona mówiła o zmaganiach Polaków z wrogiem w okresach wojen, niewoli i zaborów.  Po takich  lekcjach „wyrastały nam skrzydła miłości” dla Polski. Słowa "Roty" Marii Konopnickiej „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród…” robiły wrażenie nawet na chłopakach udających „twardzieli”. Takie przeżywanie treści pieśni patriotycznych kształtowało ducha narodowego. Narastało w nas również przekonanie, że nasza flaga  „biało-czerwona” jest najpiękniejsza i godna największego szacunku.
Uspołecznianie to ważne ogniwo wychowania szkolnego. Należeliśmy do harcerstwa, do PCK, do „Sodalicji”, do „Przyjaciół Przyrody” czy chóru  szkolnego. Idee tych organizacji  braliśmy do serca. To wszystko przybliżało nam Polskę. To był kolejny etap wzbogacania i  umacniania naszego etosu. Przedwojenna polska szkoła naprawdę kształtowała patriotyzm.
Wiarę przejmowaliśmy od rodziców. Najpierw była zachęta, później przypominanie i wdrażanie do obowiązku modlitwy, do obowiązku uczestniczenia we Mszy św. w niedzielę i święta. Nad naszymi łóżkami wisiał symbol wiary, na szyi obowiązkowo medalik od Pierwszej Komunii Świętej. Czuliśmy potrzebę zdjęcia czapki przed krzyżem lub przydrożną kapliczką. Z księdzem jako prefektem stykaliśmy się na co dzień w szkole. Nie tylko na lekcjach religii, ale i w serdecznych rozmowach w czasie przerw. Zdarzało się, że nawet grał z nami w piłkę.  Lekcje religii były zawsze ciekawe, wspierane przykładami z życia i częstym odwoływaniem się do patriotyzmu. Bywało, że kapłan, aby zainteresować losami bohaterów, którzy mogli być dla nas wzorem Polaka, czytał fragmenty lektur. Lubiliśmy naszych prefektów.
Kościół. W miarę dorastania czuliśmy potrzebę uczestniczenia w nabożeństwach, a nawet wstąpienia do kruchty „na Zdrowaśkę”. Udział w życiu religijnym stawał się dla nas potrzebą duchową. Na Mszę św. szliśmy zorganizowani sprzed budynku szkolnego. Szczególnie zapadały nam w serca nabożeństwa związane ze świętami narodowymi i rocznicami.
A do „herbaciarni na kremówki” chodziliśmy dopiero po maturze…. I nigdy nie słyszeliśmy „róbta co chceta”. Tak więc rodzina, środowisko, szkoła i Kościół budowały etos, kształtowały nasze zachowania, których wynikiem był nasz patriotyzm. Gdy Niemcy i Związek Radziecki napadli na Polskę w 1939 r., wcześniej zanim zaciągnęliśmy się najliczniej pod sztandary konspiracji Armii Krajowej, nosiliśmy już w sercach hasła: „Bóg – Honor – Ojczyzna".
Tysiące z nas sprawdziło się w walce z najeźdźcami. Jakże wielu bohatersko poległo na polu walki. Teraz czcimy Ich pamięć…
Są to  refleksje, które młodym może pomogą zrozumieć, że etos to nie jednorazowy ładunek moralny, który w jakiś magiczny sposób się otrzymuje. Trzeba było pokazać mozolne kroki w kształtowaniu i formowaniu etosu, by zrozumieć jak w naszej świadomości powstał ów honorowy, zaszczytny „obyczaj” obowiązku miłości Ojczyzny.
Czy możliwe i konieczne jest dzisiaj kształtowanie takiej postawy? Tak! Jako Polacy wciąż mamy obowiązek troszczyć się o współziomków, o naszą ziemię rodzinną – ojcowiznę, czyli ogólnie mówiąc - o naszą Ojczyznę. Zawsze widzieć ją wolną i suwerenną, widzieć ją żyjącą zgodnie z zasadami Bożymi, cieszyć się jej sukcesami, a smucić jej niepowodzeniami, bronić jej honoru i godności, być dumnym nie tylko z przeszłości, ale i teraźniejszości, mieć wolę jej obrony nie tylko słownie, ale gdyby zaszła potrzeba to i czynnie, chcieć pracować dla jej dobra i chwały. Z każdej cząstki naszego etosu, a powtórzonego przez młodzież, wyrastać będzie patriotyzm! Jest on dziś na miarę polskiej racji stanu.  Unia nie zastąpi nam ojczyzny. W tym unijnym „zjednoczeniu”, przykładowo, Niemcy i Francuzi mają swoje poczucie narodowe, a więc i my też mamy takie samo prawo do naszej polskości.
Tym opracowaniem chciałem pomóc w zrozumieniu, jakie są podwaliny, źródła naszego etosu i  wynikającego z niego patriotyzmu. Równocześnie składam hołd naszym Rodzicom, Nauczycielom,  Kapłanom katolickim i innych wyznań za to, że nas tak żarliwie wychowywali.

Józef Rell

Autor był żołnierzem Szarych Szeregów, walczył pod pseudonimem "Klon", jest członkiem Komisji ds. Historii, Wydawnictw i Pamięci Narodowej Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

Dom katolickiej rodziny jest niczym gniazdo utkane z najczulszych starań matki i ojca, najbardziej przemyślanych decyzji rodzinnej strategii, w którym myśli się o przyszłości, obserwując uważnie własne dzieci. Zastanawia się nad ich predyspozycjami, możliwościami, talentami…Edukowanie dzieci w domach rodzinnych w Polsce przez cale stulecia było najbardziej naturalnym, oczywistym i najskuteczniejszym sposobem przekazywania wiedzy, gwarancją dobrego wychowania. Nie budziło sensacji — tak jak ma to miejsce dziś, ani podejrzeń („o co tym rodzicom chodzi, co im się nie podoba?”). Rodzice nie dawali sobie jeszcze wmówić, że istnieją osoby z definicji bardziej niż oni sami odpowiedzialne za rozwój ich dzieci. Nie zbijano ich z tropu pseudonaukowymi mądrościami i nie demoralizowano sloganami typu: „będzie się lepiej rozwijało”, „w domu same nudy”, „wy, rodzice, nie macie o pedagogice zielonego pojęcia” itp. Ani też nie wbijano im do głowy maksymy, że „wychować na dobrego obywatela” (dziś: na „wzorowego konsumenta”, ,„idealny trybik w maszynie”) może tylko szkoła państwowa, a ich, rodziców, obowiązkiem jest słuchać i nie dyskutować.
Jak więc wyglądało wychowanie dzieci i młodzieży, pod czujnym okiem rodziców, w tym najodpowiedniejszym i jedynym miejscu formowania dojrzałych charakterów i pełnych osobowości, jakim jest dom rodzinny?

 

Józefa i Jerzy Hutten-Czapscy z dziećmi

Niania, czyli ktoś do kochania

Naczelną zasadą kultury, jaką wpajano dzieciom w katolickich domach sfery ziemiańskiej, była uprzejmość wobec człowieka każdego stanu. A zatem uśmiech dla wszystkich, nieokazywanie jakiejkolwiek wyższości, zniechęcenia, czy znudzenia — zarówno wobec osób bardzo leciwych, trudnego usposobienia czy niższego stanu. Także pracowników dworu. Tego uczyło obcowanie od dzieciństwa z ludźmi o wysokiej kulturze, kontakt z dziełami sztuki oraz unikanie trywialnych rozrywek i wszelkiej wulgarności w sposobie bycia1. Stąd tak wielka troska polskich rodziców, by nauczyciele i opiekunowie ich dzieci byli ludźmi o nienagannej postawie moralnej. Domy ziemiańskie stawiały im wysokie wymagania.
Pierwsza niania w rodzinie Żółtowskich z Czacza w Wielkopolsce pochodziła z chłopskiej rodziny, gdzie nie wolno było kląć i palić papierosów, była też obdarzona naturalnym talentem pedagogicznym.
Eustachy Sapieha wspomina swoją nianię i zarazem pierwszą domową nauczycielkę, zwaną „Miską” (od ang. miss, ‘panna’ — uwaga red.): „Miska była nam trzecim rodzicem i mimo że trzymała nas krótko i wychowywała ostro, psuła nas jednocześnie, bo nas kochała całym swym ogromnym sercem (…). Miska była wykształcona dużo lepiej niż tego wymagała praca nursy [niani]. Mówiła płynnie po francusku i niemiecku (ale ze strasznym angielskim akcentem), ale była też zupełnie dobrze oczytana. Bardzo wierząca i praktykująca katoliczka, nie była dewotką i nie zanudzała nas, jak to się czasem zdarza, pobożnością, ale dała nam to, co się nazywa katolickim wychowaniem. (…) Takiego sense of humour (‘poczucia humoru’) nigdy u nikogo nie widziałem i tego nas, prawdę powiedziawszy, nauczyła. Śmialiśmy się z nią codziennie, wszędzie i zawsze. Miała dwie życiowe pasje: kwiaty i muzykę. Uczyła nas gry na fortepianie. Podczas lekcji siedziała obok z pałeczką, którą dawała nam po palcach, jeśli robiliśmy jakiś błąd. Ta sama pałeczka była w użyciu przy stole”2.
„Pepunia”, pierwsza niania małych Karśnickich z Karszewa, była miłośniczką książek i „umiłowanie to wszczepiła w całą naszą czwórkę. Jej zawdzięczamy pierwsze spotkanie z Trylogią Sienkiewicza, którą przeczytała nam w całości w trakcie spacerów po alei grabowej”. Z kolei ich pierwsza nauczycielka francuskiego preferowała sposób poznawania tego języka wśród zabawy. Był to system nadzwyczaj skuteczny; gdy młodzież karszewska trafiła do gimnazjum, nikt z francuskim nie miał problemów. Panna Irena Romantowska, kolejna nauczycielka dzieci Karśnickich i późniejsza ich oddana opiekunka, gdy w czasie wojny utraciły rodziców, „chętnie grała z nami w serso, jeździła konno i na rowerze, powoziła zaprzęgiem, malowała kwiaty z natury i reprodukcje krajobrazów”. Udzielała się społecznie i z zamiłowaniem uczestniczyła w organizowanych przez dom przedstawieniach i żywych obrazach. Autorka wspomnień zawdzięcza jej „rozkochanie się w łacinie, trwające po dzień dzisiejszy”3.
Student prawa, który uczył dwunastoletniego Michała Żółtowskiego łaciny, był człowiekiem umiejącym wymagać w sposób atrakcyjny i miał gruntowną wiedzę ze wszystkich dziedzin. „Wkrótce stał się moim ideałem, przedmiotem miłości i podziwu”.

Kochaj światło na murze splendor nieba…4

Polscy rodzice okresu zaborów traktowali nauczanie domowe jako pierwszą linię frontu w batalii o duchową wolność swoich dzieci. Stąd troska o dobór nauczycieli oraz o atmosferę domu, która sama w sobie kształtowała charakter, umysł, wrażliwość dziecka. Jak najmniej rutyny, jak najwięcej nauki myślenia i dużo serca — tak brzmiała niepisana zasada wielu domów polskich o ambicjach wychowania dzieci na dobrych Polaków i katolików. Podążano tu nieomylnie śladami św. Jana Bosco.
O tym, że dom jest najlepszym miejscem wychowania i wykształcenia dziewcząt, pisał jeszcze w 1803 r. Hugo Kołłątaj, autorytet pedagogiczny swojej epoki: „(…) edukacja prywatna nierównie jest pożyteczniejsza i naturalniejsza, gdy ją przyrównać chcemy do potrzeb wychowania kobiet. Każda matka jest najlepszą i najpierwszą mistrzynią swoich córek. Dom rodziców i całe gospodarstwo jest najprzyzwoitszą dla nich szkołą, (…) aby oderwane na czas edukacyi nie odwykły od życia domowego, aby się niem nie nudziły, będąc zwłaszcza przeznaczone iść za losem swych mężów”.
„Za szczególnie niebezpieczne autor uważał wychowanie panien w wielkim mieście, nie tylko na pensjach prywatnych, ale i w klasztorach” — pisze Kalina Bartnicka5.
W drugiej połowie XIX wieku w prasie warszawskiej nie były rzadkością ogłoszenia dawane przez matki o tym, że „poszukują dziewczynki” (w określonym wieku) „do wspólnej z córką nauki w domu”.
W organizację i przebieg nauczania domowego z reguły bardziej angażowały się matki, choć zdarzali się wyjątkowi ojcowie, jak Stanisław Kostka Zamoyski czy ojciec Zofii Szymanowskiej, siostry wybitnego kompozytora: „Wiele czasu — wspomina ona — poświęcał papa wychowaniu i kształceniu dzieci. Był pełen młodości i życia. Uczył się z dziećmi i bawił z nimi. Urządzano nieraz teatry amatorskie, w których papa brał czynny udział i był jednym z lepszych aktorów. Pod opieką i kierownictwem papy nauka przychodziła dzieciom z łatwością. Na każde dziecinne zapytanie odpowiadał z namysłem i powagą, przy czym rzecz ujmował głęboko i rozstrzygał najrozumniej. Nienawidził samochwalstwa, głupoty i zarozumiałości. Był pełen prostoty”.

W poszukiwaniu mistrza

W czasie domowej nauki Konstantego M. Górskiego, przyszłego wybitnego historyka literatury i malarstwa, zatrudniono Floriana Łagowskiego, „wyjątkowej szlachetności człowieka”, jak pisała o nim Maria Górska. Łagowski, dobry znajomy Sienkiewicza, Prusa, Deotymy, Dygasińskiego, „podsycał zainteresowanie swych uczniów literaturą romantyczną, uodparniając ich na ducha epoki i na oddziaływanie rosyjskiej szkoły”. Odchodząc z dworu Górskich w Woli Pękoszewskiej, gdy musiał zająć się pracą naukową, zaproponował na swoje miejsce 25-letniego młodzieńca, niedawnego powstańca styczniowego, Trybunalskiego. Ten młody człowiek zdobywał wykształcenie samodzielnie, odsiadując czteroletni wyrok w Cytadeli warszawskiej obłożony książkami, potem zaś pracował jako zesłaniec w kopalni złota na Syberii. Mimo pewnych trudności, związanych z jego złym stanem zdrowia, młody nauczyciel zyskał sympatię całej rodziny, był bowiem człowiekiem prawym, uczciwym i szlachetnym.
Przygotowanie do nauki w gimnazjum także w przypadku młodych Sapiehów odbywało się w rodzinnym gronie, we Lwowie: „Codziennie, pod nadzorem dwóch korepetytorów, z Jankiem i Stachem Dzieduszyckimi, uczyliśmy się zawiłych nauk na poziomie pierwszej klasy gimnazjalnej. Były to najprzyjemniejsze studia w moim życiu. Wujostwo Dzieduszyccy, będąc rodzicami trzynastu pociech, umieli być najmilszymi wychowawcami i opiekunami całej tej czeredy, do której mnie włączyli bez najmniejszej trudności i zróżnicowania. Pałac na Kurkowej był miejscem miłym, ciepłym, o szczególnym charakterze. Dzieduszyccy mieli głęboką religijność, miłość natury po dziadku, znanym założycielu muzeum przyrodniczego we Lwowie, wysoką kulturę i brak jakiejkolwiek postawy klasowej. Wuj Włodek (…) miał bezgraniczną wiarę w ludzi i w swej dobroci nie potrafił sobie nawet wyobrazić, że ktoś mógł go oszukiwać czy wprost okradać, co różni jego kontrahenci w interesach leśnych bez wyjątku robili. Ciocia Wandzia, siostra Taty, była naszą ukochaną ciotką. Mała, cichutka, mądra, chodząca dobroć, uważała mnie za syna (…). Rzecz, którą pamiętam, to oryginalna seria Lituanii Grottgera, której sens tłumaczyli mi wujostwo, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Z ciekawostek były świstające myszy przywiezione zdaje się z Chin przez dziadka oraz dużo skamieniałych przed tysiącami lat pni drzew, też przez tego dziadka skądś przytaskanych”6.
To nie przypadek, że młody Eustachy Sapieha oddany został pod rodzinną kuratelę takich właśnie ludzi. Rodzice poszukiwali nie tyle specjalistów, co ludzi prawych, osobowości, które stwarzają klimat bezpieczeństwa, zaufania, szczerości. Nie brakowało wówczas wśród zawodowych guwernerów przyszłych wielkości. Nauczycielami domowymi — z wyboru, ale też i poniekąd z konieczności — byli Henryk Sienkiewicz, Stefan Żeromski czy Adolf Dygasiński. Rodzice Konstantego Górskiego postanowili edukować syna w Krakowie — z powodu piętna carskiego reżimu na wszystkich szkołach w Kongresówce. Na nauczyciela syna wybrali profesora Hugona Zatheya. Był on miłośnikiem kultury antycznej, znawcą dzieł Goethego i Mickiewicza i dyrektorem C.K. Wyższej Szkoły Realnej (redagował także „Przegląd Polski”), ale przede wszystkim, jak wspomina K. Górski, był człowiekiem, „który miał mnie wiele nauczyć, wiele dać miłości, nieraz swe serce przede mną otworzyć, którego miałem pokochać, uszanować, chcieć być mu podobnym”.
Nie wiadomo, czy to szczęście do ludzi, czy też klimat tamtego czasu, gdy młodzież otaczana była przez dorosłych uważną, pełną namysłu nad ich rzeczywistymi potrzebami troską, sprawił, że kilkunastoletni Konstanty zaprzyjaźnił się także z innymi pedagogami.
„Jakże inaczej, wcale nie po mentorsku, odnosili się do Kocia [Konstantego Górskiego] nauczyciele gimnazjalni, profesorowie uniwersyteccy — oprócz Zatheya także Czubek, Tarnowski — ludzie zainteresowani historią, kulturą, sztuką. Ci cenili inteligencję i zapał młodego Górskiego, chętnie wciągali go w rozmowę, wprowadzali w arkana warsztatu naukowego, zachęcali do podejmowania samodzielnych prac” — pisze Irena Szypowska7.
Talent pedagogiczny prywatnego nauczyciela Wacława Iwanowskiego rozniósł się szerokim echem wśród kilku rodzin arystokratycznych na początku XX wieku. Matki uradziły, że wyślą swoich dorastających synów do państwowego gimnazjum w Pszczynie, a pan Wacław poprowadzi dla nich prywatny internat i będzie ich wychowawcą.
„Profesor Iwanowski (Wacio) trzymał wszystko żelazną ręką i był przez wychowanków ogromnie lubiany — wspomina Eustachy Sapieha. — Pana Wacława wszyscy profesorowie bardzo szanowali i trochę się bali. Na najmniejsze ujemne ich uwagi o nas Wacio odpowiadał atakiem prawie fizycznym. Walczył o nas jak lew, ale też po powrocie z takiej wyprawy ratunkowej dawał nam szkołę, kiedy nikt z zewnątrz nie mógł słyszeć. Poza wojskiem, takiego wyklinania nigdy nie słyszałem, litanie rozpoczynały się mniej więcej od zas… arystokratów, zgniłych nierobów i tak dalej, nie zmieniało to jednak naszego ogromnego szacunku i przywiązania do tego bardzo dobrego człowieka”.

Niepowtarzalny styl polskiego domu

Jako jeden z priorytetów wychowania i edukacji domowej, Michał Żółtowski podkreśla kult prawdy. W swoim tomie wspomnień podkreśla, że tym, co okazało się decydujące dla jego późniejszej dojrzałości, nie były wykłady nauczycieli starannie dobranych przez dom czy kontakt z niejedną ciekawą osobowością, lecz atmosfera domu. Styl życia nadawany przez rodziców. Przez ojca, Jana Żółtowskiego, prawnika, działacza niepodległościowego i ziemiańskiego, oraz matkę, Ludwikę z Ostrowskich, wykształconą w Paryżu w Akademii Sztuk Pięknych, artystkę i wyjątkowo wrażliwą społeczniczkę w jednej osobie oraz pierwszą katechetkę swoich dziesięciorga dzieci. Milczące przysłuchiwanie się rozmowom dorosłych prowadzonym przy stole i głośne lektury powieści historycznych miały ogromne znaczenie dla układania sobie obrazu świata. Także żywoty świętych czytane wieczorami przez matkę. To wszystko było owym biernym kształceniem umysłu, którego fundamentalne znaczenie tak podkreślają tomiści, a które dziś dezawuowane jest przez zwolenników jak najwcześniejszej „aktywności” i „kreatywności” dziecka. Potem przyszedł czas wsłuchiwania się w słowa ojca, najwyższy domowy autorytet. „Miał dar rozmawiania z dziećmi o sprawach poważnych w sposób bardzo interesujący, toteż przepadaliśmy za przyłączaniem się do niego w czasie jego przechadzek”. Mama zaś, wprowadzająca dzieci w prawdy wiary, obdarzona nie tylko żywym umysłem, ale i duchową intuicją, nieraz dodawała w czasie pogadanek religijnych: „Musicie być przygotowani na czasy, kiedy przyjdą bolszewicy i kiedy będzie prześladowanie Kościoła”, albo: „kiedy nastanie reforma rolna i wszystko stracimy”8. Była pierwsza połowa lat 20. XX wieku…
Podobnie było w rodzinie Karśnickich. I tu przewodnictwo duchowe w czasach niepokoju, gdy już dobiegały dalekie odgłosy nadciągających nawałnic, należało do matki, Wandy z Orzechowskich. „Nadszedł pierwszy piątek września 1939 — odnotowuje w swoich wspomnieniach Teresa Karśnicka-Kozłowska. — Mama zarządziła spowiedź i komunię św., aby oczyścić serca i sumienia na ewentualny zły czas”9.
Jeszcze w czasach zaborów zadekretowany terror Rosjan wobec uczniów państwowych gimnazjów nie przerażał młodych Polaków wychowywanych w patriotycznych i katolickich domach. W domowym zaciszu, wśród przyjaciół, w podziemiu, które rozrastało się z każdym rokiem, polska młodzież studiowała historię i klasyków myśli europejskiej, zaczytywała się w niedozwolonej polskiej literaturze, czemu sprzyjali rodzice i bliscy. Zakazy bywania w teatrach, na koncertach i balach także okazały się całkowicie nieskuteczne.
Skomplikowanej sztuki kamuflażu, skrywania prawdziwej umiejętności niezależnego, propolskiego myślenia oraz maskowania głębszej wiedzy wymagała w szkołach rosyjskich matura. Także i polscy nauczyciele po cichu i skutecznie sprzyjali temu „by uczeń umiał wyrazić to, co należało, i ukryć to, co było niepożądane. W ten sposób i nauczyciele, i uczniowie chronili się przed «kompromitacją» na maturze. Jedni i drudzy wiedzieli, o co chodzi”10. A gra szła o wielką stawkę. Egzamin dojrzałości był przepustką do dalszych studiów. Samodzielne myślenie i czerpanie obserwacji z życia przez młodzież zawsze były solą w oku naszych wrogów. Jedną z form oporu przed żmudnym wkuwaniem nieprzydatnych w życiu formuł był spisek uczniów warszawskich szkół, którzy zawiązali tajną organizację w celu systematycznego przekupywania urzędnika kuratorium, niejakiego Nikolskiego, by uzyskać wcześniej komisyjnie ustalone tematy egzaminu maturalnego. „Akcja wymagała zdecydowania, szybkości i precyzji — komentuje I. Szypowska — warszawiacy musieli nawiązać łączność z przedstawicielami wszystkich gimnazjów, przyjmować depesze i pieniądze, wyznaczać i rozsyłać kurierów. Ich «biuro» funkcjonowało już od Środy Popielcowej, a w ostatnich dniach przed egzaminem funkcjonowało dzień i noc. (…) po paru latach niezawodnego działania właśnie w roku 1879 rzecz się wydała. Nikolski został postawiony przed sąd, a następnie osadzony w więzieniu, maturzyści musieli ponownie zdawać maturę”. Nietrudno zgadnąć, skąd pochodziło to zacięcie, by przechytrzyć rosyjskich nadzorców, oraz wyrobienie konspiracyjne. W iluż to domach polskich, tak jak w rodzinie Górskich, na prywatnych nauczycieli przyjmowano niedawnych powstańców lub z racji przynależności do rodziny codziennie zasiadano z nimi do stołu…
W ostatecznym rachunku bowiem zawsze to, co najwartościowsze w postawach młodego pokolenia, ma swój początek i najlepiej rozwija się właśnie w domach rodzinnych. W ich tradycjach i zwyczajach, w pasjach rodziców, ich zainteresowaniach artystycznych i intelektualnych. W ich upartym „nie” wobec prostactwa niesionego przez media i masową kulturę. W wychowawczej mądrości, czerpanej z wiary i obserwacji własnych dzieci, której nie jest w stanie naśladować nawet najlepsza szkoła. Żaden przekaz nie ma takiej siły, jak opowieści matki i babci, gdy dzieci garną się jeszcze do ich kolan. Żadna mądrość nie zapada tak głęboko w serce, jak pogawędka z ojcem na spacerze — kiedyś na polowaniu, dziś na wspólnej wyprawie w góry. Żadna idea nie znajduje tak wdzięcznego przyjęcia w młodych umysłach i nie okazuje się tak długowieczna jak ta, którą uosabiają rodzice.

Gdy pękała zewnętrzna powłoka

Ksiądz Walerian Meysztowicz, emigrant, profesor prawa kanonicznego na uniwersytecie w Wilnie, a potem (od 1932 r.) radca kanoniczny Ambasady Polskiej przy Stolicy Apostolskiej, odmalował w swoich wspomnieniach ze świata, który przeminął, sytuację polskich uczniów elitarnego liceum w Petersburgu — tuż przed wybuchem I wojny światowej. Wszyscy chłopcy mieli za sobą lata starannej domowej edukacji pod czujnym okiem rodziców. Mimo że społeczność uczniowską tworzyła „biała międzynarodówka” synów ziemiaństwa i arystokracji, między Polakami a Rosjanami istniała różnica nie do przezwyciężenia. Co się na nią składało? Z pozoru wszystko w Lycee Imperial Alexandre, jak brzmiała jego oficjalna nazwa, było eleganckie i kulturalne. Międzynarodowa obsada profesorów, lekcje w języku francuskim, niemiec¬kim, rosyjskim, profesorowie o sławnych nazwiskach, wysoki poziom nauczania, poszerzony kurs prawa (szkoła miała bowiem kształcić elitę do rządów imperium), duży nacisk na nienaganne maniery. Kurtki mundurów szkolnych miały czerwone kołnierze i złote guziki. Młodzi Polacy i Rosjanie rozmawiali między sobą po francusku. Bywały jednak okoliczności, gdy „ta zewnętrzna elegancka powłoka pękała — i ukazywało się spod niej coś innego. Raz do roku — w dzień, gdy koledzy z najstarszej klasy opuszczali liceum — wolno było pohulać. Więc wypijano wiele wódki i szampana, surowo w innych czasach zakazanych, bito szyby, rozlegały się ryki, odchodzących kolegów podrzucano na rękach i znowu pito, śpiewano, ryczano”. Polacy nigdy w tych manifestacjach dzikości nie uczestniczyli. Trzymali się z daleka, obserwując przebieg ekscesów z uwagą. „Należałoby oczekiwać, że te demonstracje naszej rezerwy i wyższości będą względem nas budzić niechęć; tymczasem wcale tego nie było: na ogół objawy europeizmu ze strony polskich kolegów były przyjmowane jako coś naturalnego. A my nabywaliśmy doświadczenia o charakterze Moskali, tych z najlepszych rodzin, i stawaliśmy się absolutnie odporni na wszelkie teorie samodierżawne”.
Aby zachować niezbędną odległość moralną od rosyjskiego internatu, by utrzymać niezależność od szkoły, Walerian Meysztowicz i jego koledzy spotykali się w wolne dni w domach dość licznie w Petersburgu osiadłej polskiej kolonii — pracowników dyplomacji, naukowców, ziemian nadzorujących przebieg edukacji swojego potomstwa. Jednym z takich domów był dom rodziny Broel-Plater, który stał się polskim ośrodkiem wychowawczym. Trzej bracia Platerowie byli, jak pisze ks. Meysztowicz, silną podstawą polskości i zachodniości w tym mieście, choć polowanie na głuszce w rodzinnym majątku pociągało ich o wiele bardziej, niż prawo międzynarodowe czy literatura francuska. „Mocno odbijali — jak większość Polaków — od petersburskiego snobistycznego sceptycyzmu”, byli bowiem „prawdziwie i szczerze religijni, jak zresztą wszyscy Polacy w Liceum”. Poza tym, dodaje ks. Meysztowicz, „wpływy mongolskiego Wschodu, tak łatwo widoczne u Demidowów, Golicynów, Wołkońskich i innych Rosjan, natrafiały u nich — jak zresztą u wszystkich Polaków — na pogardliwy, niezwyciężalny opór; ten opór budził sprzeczne uczucia u Rosjan: z jednej strony polska zachodniość ich pociągała, mieli dla niej coś w rodzaju podziwu, z drugiej — złościło ich to, że musieli się wysilać, by zdobyć to, co Polacy posiadali z natury, bez wysiłku, z naturalnego usposobienia i domowego wychowania”.
 *
Czy to możliwe, by rodzice stający u progu wielkiej duchowej przygody, jaką jest wychowanie dzieci, jeszcze sto czy nawet kilkadziesiąt lat temu byli mądrzejsi niż rodzice dzisiejsi? Byli z pewnością w swych wyborach bardziej swobodni. Dokonywali ich na własny rachunek, kierując się zdrowym rozsądkiem i odpowiedzialnością przed Bogiem za wychowanie potomstwa. Nikt też nie wmawiał im, że istnieją lepsi od nich wychowawcy, którym certyfikaty wystawia państwo. Że powinni, a wręcz muszą oddać im dzieci, a sami w tym czasie samorealizować się, pracować, wypoczywać… Żłobki, przedszkola, szkoły nie domagały się — jak dzieje się w naszym kraju od lat z górą siedemdziesięciu — by za dziećmi jak najprędzej zatrzaskiwały się drzwi rodzinnego domu. Nie grożono karami, gdy zamożniejsi rodzice nie oddawali dzieci do szkół. Nie wmawiano im demagogicznie, że pięć czy sześć lat to idealny „wiek szkolny”. Wychowanie i edukacja domowa były regułą w polskich kulturalnych rodzinach, którym pozwalały na to warunki materialne.
„Dziś wydaje się to śmieszne — pisze Michał Żółtowski, wychowywany przez rodziców, wraz z gromadą rodzeństwa, w rodzinnym dworze — bowiem jesteśmy otrzaskani z nieprawdą (…). Fakt, że pozostawałem w domu rodzinnym, nie był rzadkością. W wielu dworach działo się podobnie. Rodzice nie chcieli rozstawać się z dziećmi przez oddanie ich na stancję. Wiedzieli, że tak solidnego przygotowania do późniejszej nauki szkolnej, jak tą dawną metodą, w żaden sposób nie osiągną”11. Mieszkańcy dawnych polskich dworów mieli, jak żadna grupa społeczna, od stuleci wpojoną postawę służby Bogu, Ojczyźnie i tym wszystkim, nad którymi trzeba roztoczyć opiekę. To był moralny obowiązek, od którego nie mogło być żadnej wymówki. Na podkreśleniu tych obowiązków opierało się wychowanie dzieci. Ich postawy jako ludzi dorosłych dowiodły, że było to wychowanie mądre.
Ogromne miasto, podsumowuje obraz Petersburga ks. Meysztowicz, „o tyle większe od Wilna, o ile leniwie płynąca szara Newa jest większa od Wilii (…). Szare gmachy. Granitowe wybrzeże. Niebo nigdy niewidoczne, zawsze zakryte niską, szarą, jednolitą mgłą. Chłód i absolutna, nigdy nieprzezwyciężona obcość”12.

Ewa Polak-Pałkiewicz

 

 

Przypisy:

1 Por. wykład Jana Goyarda o kulturze rodzin francuskich na Kongresie Konserwatywnym w Krakowie.
2 E. Sapieha, Tak było. Niedemokratyczne wspomnienia Eustachego Sapiehy, Warszawa 2000.
3 T. Karśnicka-Kozłowska, Dawniej niż wczoraj, Kraków 2008.
4 Por. Z. Herbert, Przesłanie Pana Cogito.
5 K. Bartnicka, „Pensja żeńska jako substytut wychowania domowego” [w:] Nauczanie domowe dzieci polskich od XVIII do XX wieku, Bydgoszcz 2004.
6 E. Sapieha, dz. cyt.
7 I. Szypowska, wstęp do tomu Z młodych lat. Listy i wspomnienia Konstantego M. Górskiego i Józefa Weyssenhoffa, Warszawa 1985.
8 M. Żółtowski, Wspomnienia z młodych lat, 2004
9 E. Sapieha, dz. cyt.
10 I. Szypowska, dz. cyt.
11 M. Żółtowski, dz. cyt.
12 Ks. W. Meysztowicz, Gawędy o czasach i ludziach, Londyn 1983.

Źródło

W obrębie świata zachodniego funkcjonują dziś różne systemy edukacji, które łączy to, że są antykatolickie nie tylko w sensie religijnym, ale i kulturowym.
Katolik pragnący wychować swoje dzieci zgodnie ze wzorami wypracowanego przez wieki modelu edukacji katolickiej praktycznie ma z tym wielki problem, gdyż instytucje oświatowe są często podporządkowywane programom nauczania administracyjnie narzucanym z góry. W reakcji na ten stan rzeczy rozwinęła się już, głównie w Stanach Zjednoczonych, praktyka edukacji domowej, która w Polsce dopiero raczkuje.
– Przestrzeń publiczna, do której należy również system edukacji, jest nam, katolikom, dziś odbierana, często przy naszej milczącej zgodzie – wskazuje prof. Piotr Jaroszyński, główny inicjator XI już sympozjum z cyklu „Przyszłość cywilizacji Zachodu” zorganizowanego na KUL przez Katedrę Filozofii Kultury KUL, Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, Fundację „Lubelska Szkoła Filozofii Chrześcijańskiej” i Gilson Society (USA). – Trzeba wyjść z inercji i przystąpić do działania, zaczynając od własnego domu. Sposobem jest nauczanie domowe, międzyrodzinne, własne szkoły prywatne. Tu nie ma żartów, bo można łatwo stracić dzieci.

 Dramat katolickich rodziców

Zdaniem prof. Jaroszyńskiego, każda metoda pedagogiczna jest ściśle zależna od przyjętej koncepcji natury człowieka. Katolicki model edukacji przejmuje klasyczne dziedzictwo grecko-rzymskie, uznające, że człowiek posiada naturę, którą należy doskonalić. Proces edukacji to ćwiczenie pod kierunkiem mistrza w zdobywaniu sprawności zwanych cnotami. Do tej klasycznej wizji katolicyzm wnosi pogląd, że człowiek posiada nadrzędny cel, jakim jest zjednoczenie z Bogiem, a więc potrzebuje wzmocnienia i natury, i kultury ze strony Boga.

W obrębie cywilizacji Zachodu funkcjonują również inne modele edukacji nabudowane na odmiennych koncepcjach natury ludzkiej, a nawet jej negacji. W kontekście współczesnych zawirowań oświatowych szczególne znaczenie mają dwie z nich. Jedna, wywodząca się z pelagianizmu, rozwinięta przez Jeana Jacques’a Rousseau i dziś święcąca triumfy w wersji tzw. antypedagogiki Hubertusa von Schoenebecka, to teoria zakładająca doskonałość ludzkiej natury. Edukacja w tej wersji polega na wsłuchiwaniu się i odczytywaniu pragnień dziecka, które należy wspierać, a nie wychowywać. – Gdy czyta się teoretyczne wyjaśnienia powodów wprowadzania reformy edukacji w Polsce, to są to teksty jakby wzięte żywcem z antypedagogiki Schoenebecka – wskazuje prof. Jaroszyński. – W tym momencie pojawia się wielki problem sensu wychowania dzieci.
Drugim modelem wychowawczym najbardziej dziś rozpowszechnionym jest negująca istnienie jakiejkolwiek natury ludzkiej edukacja socjalistyczna, która poprzez system bodźców i kar stara się zaprogramować człowieka do pełnienia odpowiednich funkcji społecznych.
W obliczu zdominowania świata zachodniego przez te dwa antykatolickie nurty edukacyjne następuje dramatyczny rozdźwięk między rodzicami wychowanymi w pewnej tradycji, według określonych wzorów zachowania czy ideałów życiowych, a ich własnymi dziećmi, co prawda ochrzczonymi, ale zmierzającymi zupełnie w innym kierunku, niż życzyliby sobie tego ich rodzice.
– Dramat katolików polega na tym, że właściwie nie mają dziś takich instytucji oświatowych, które pomogłyby im formować od najmłodszych lat dziecko jako katolika, a zarazem gruntownie wykształconego humanistę – ubolewa prof. Jaroszyński.

 Szkoła w domu

Nauczanie domowe, czyli tzw. homeschooling dzieci najczęściej przez własnych rodziców, to zjawisko obecne głównie w krajach anglosaskich. Przodują tu Stany Zjednoczone, gdzie z tej formy edukacji korzysta około 2,5 mln uczniów.
Profesor Thomas A. Michaud (West Liberty University) nie ma wątpliwości, że w USA nauczanie domowe jest w głównej mierze reakcją oporu przeciw edukacji państwowej.
– Obywatele, których światopogląd i religia stoją w sprzeczności z systemem państwowym, wzięli sprawy w swoje ręce i stosują własne rozwiązania – uważa prof. Michaud. – Mimo przeciwności ruch ten rozwija się i umacnia z każdym rokiem, a także ogrywa system, kiedy zwycięsko broni swojej wolności do edukacji zgodnie z własnym wyborem.
Profesor Michaud nie ukrywa jednak, że w skali całej Ameryki nie jest to jeszcze znaczące zjawisko.
– Na razie nauczanie domowe nie jest niczym więcej niż tylko powodem drobnej irytacji progresywistów, którzy chcą edukację całkowicie podporządkować swojej wyimaginowanej utopii – zaznacza profesor.
W Polsce ten sposób edukacji otworzyła przed rodzicami i dziećmi ustawa oświatowa z 1991 r. stawiająca jednak wymóg uzyskania zgody dyrektora szkoły. W 2009 r. drzwi dla nauczania domowego zostały uchylone jeszcze szerzej dzięki nowelizacji znoszącej rejonizację. Rodzice decydujący się na edukację w domu mogą więc wybierać szkołę przyjazną nauczaniu domowemu, do której zapisują dzieci zdające w niej następnie stosowne egzaminy.
Wiele wskazuje na to, że również w Polsce istotnym motywem decyzji rodziców o rozpoczęciu edukacji domowej jest chęć kształcenia dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami, czego nie gwarantuje stale reformowany i poddawany presji niebezpiecznych ideologii, m.in. gender, system oświaty państwowej.
– Troje naszych dzieci chodziło przez trzy lata do normalnej szkoły i gdy zabraliśmy dzieci ze szkoły, to je odzyskaliśmy – wskazywała pani Debora, uczestnicząca w sympozjum na KUL matka siedmiorga dzieci. – Uważam, że jeżeli ktoś ma małe dzieci i nie chce ich stracić, to w tym momencie jest to jedyna forma edukacji, która to umożliwia.
Pani Debora wskazywała, że jedną z trudności w nauczaniu domowym jest brak podręczników pozbawionych treści deprawujących dzieci. Apelowała również do środowiska akademickiego KUL o pomoc w opracowaniu programu i kanonu lektur właściwych dla katolickiej edukacji domowej.
Prowadzona od trzech lat edukacja domowa dzieci niezwykle pozytywnie wpłynęła na spójność rodziny Piotra Habrzyka, ojca pięciorga dzieci.
– Mamy teraz czas, żeby razem porozmawiać i skupić się na tym, co chcemy osiągnąć jako rodzina – podkreśla pan Piotr. – Dla nas na pierwszym miejscu jest Pan Bóg, czyli wiara, później rodzina i Ojczyzna, a dopiero później wiedza szkolna. Szkoła niejednokrotnie próbuje wyrwać nam dziecko, a później nas obarczać winą za to, że czegoś się nie nauczyło, tak jak tego chce szkoła. Nie, dzieci najpierw mają rodziców, a dopiero później szkołę.
Szacuje się, że z nauczania domowego korzysta w Polsce ok. 500 uczniów. Obecnie, wzorem rozwiązań amerykańskich, zawiązuje się między nimi sieć relacji bardziej sformalizowanych w postaci stowarzyszeń i organizacji ułatwiających i podnoszących poziom nauczania domowego.
– Jeśli podchodzimy do instytucji edukacyjnych beztrosko, z pełnym zaufaniem, że w nich pracują specjaliści, którzy całkowicie wyręczą rodziców w wychowaniu i nauce dzieci, możemy się srodze rozczarować – przestrzega prof. Jaroszyński. – Ważne, kto pracuje w tych instytucjach, jaki program realizuje, jaki ma cel, jakie wytyczne. Nauczanie domowe pozwala uniknąć wielu niebezpieczeństw, a szczególnie utraty kontaktu rodziców z dziećmi.

Żródło

1

 

Ks. Józef Naumowicz

Kościół domowy w myśli Jana Chryzostoma

Określenie rodziny jako „Kościoła domowego” upowszechnił Sobór Watykański II, a następnie Jan Paweł II. Wywodzi się ono jednak z tradycji wczesnochrześcijańskiej i ma głębokie podłoże biblijne. Bardzo wcześnie bowiem zrodziła się idea, aby porównywać ze sobą dom rodzinny i Kościół, albo też, by w chrześcijańskiej rodzinie odnajdywać cechy istotne dla Kościoła. Pozwalało to określić wartość tej podstawowej wspólnoty, która obejmowała rodziców i dzieci, a w starożytności – często także krewnych oraz służących.
Naukę tę rozwijał zwłaszcza św. Jan Chryzostom, który działał jako kapłan w Antiochii (386-97), a potem był biskupem Konstantynopola (397-407). Z zapałem pisał on o wartości rodziny. Kierował się niezwykłym wyczuciem teologicznym i duszpasterskim. Pewną rolę odegrało również jego osobiste doświadczenie, w dzieciństwie zaznał on bowiem ciepła rodziny, a także poznał jej wartość w kształtowaniu wiary. Podstawy teoretyczne jednak czerpał przede wszystkim z Biblii.


W domu Pryscylli i Akwili

Pierwszym powodem mówienia o „Kościele domowym” były wzmianki na ten temat w Nowym Testamencie. W zakończeniu Pierwszego Listu do Koryntian Paweł Apostoł przekazywał pozdrowienia od różnych wspólnot i ludzi. Wymieniał Pryscyllę i Akwilę, „razem z Kościołem w ich domu” (1 Kor 16,19). To określenie św. Pawła nie było wyjątkowe. Także Pryscylla i Akwila należeli do znanych jego przyjaciół i bliskich współpracowników. Znano ich również w Koryncie, gdzie mieszkali przez długi czas. Wtedy też przez dwa lata gościli u siebie Apostoła. Zorganizowali mu pracę przy wyrabianiu namiotów, by mógł zdobywać środki do życia (zob. Dz 18,3). Wspierali go w pracy misyjnej. Gdy przenieśli się do Efezu, tam również ich dom był otwarty dla innych. Przyciągnęli wielu do wiary. Przede wszystkim udostępnili swoje mieszkanie na spotkania modlitewne. Dlatego Paweł mówił o „Kościele w ich domu”. Gdy kilka lat później znów zmienili miejsce zamieszkania i przenieśli się do Rzymu, ich dom ponownie stał się jednym z ważniejszych ośrodków życia religijnego w mieście. W Liście do Rzymian Paweł pozdrawiał ich jako swoich współpracowników w Jezusie Chrystusie, pozdrawiając również wszystkich domowników: „Pozdrówcie także Kościół w ich domu” (Rz 16,5).
Zatem w Efezie i w Rzymie, „w domu” Pryscylli i Akwili gromadził się Kościół. Co to oznaczało? Przede wszystkim to, że ich dom był miejscem modlitwy. W początkach chrześcijaństwa – w czasach apostolskich i później, w całym okresie prześladowań – nie było specjalnych budowli przeznaczonych na zgromadzenia liturgiczne. Odbywały się one w domach prywatnych, a więc w rodzinach. Dom oznaczał jednak nie tylko pomieszczenie, ale także środowisko rodzinne. W podobnym sensie Dzieje Apostolskie wspominają, że w „domu Marii”, matki Jana zwanego Markiem, „zebrało się wielu na modlitwie” (Dz 12,12). Inny list św. Pawła wymieniał „Kościół w domu” Filemona (Flm 1,2). Zawsze chodziło o Kościół pojęty jako zgromadzenie, zebranie wiernych.
Takim miejscem modlitwy była rodzina Pryscylli i Akwili. Stała się nim dzięki wierze tych niezwykłych małżonków, ich gorliwości i oddaniu. W ten sposób interpretował to Jan Chryzostom: „Tak byli wypróbowani, że nawet pomieszczenie swoje uczynili Kościołem, gdyż wszystkich nauczali wiary oraz dla wszystkich obcych otworzyli swój dom”. Sami prowadzili nauczanie, a ich dom stał się prawdziwym ośrodkiem życia wiary. Zasłużyli więc, by był nazwany Kościołem. Nie każda bowiem rodzina – wyjaśniał Jan Chryzostom – mogła być określona w ten sposób. Św. Paweł „nie miał zasadniczo zwyczaju nazywać domów Kościołami, jeśli nie było w nich wzniosłej religijności i głębokiej bojaźni Bożej” (Homilie na List do Rzymian, 30,3)1.
Rodzina staje się zatem Kościołem, jeśli ma głęboką wiarę i szczerą pobożność. Ważny jest nie tyle sam dom, ile ludzie w nim mieszkający i atmosfera, jaka wśród nich panuje.
Jan Chryzostom przypominał o apostolskim zapale Pryscylli i Akwili. Nieśli oni pomoc św. Pawłowi. Ci skromni, prości i gorliwi małżonkowie stawali w jego obronie, narażając swe życie. Nie na darmo nazwał ich swymi współpracownikami. Wspierali oni także „wszystkie Kościoły wywodzące się z pogan” (Rz 16,4). Sami byli ubodzy, więc tym „wszystkim Kościołom” nie mogli pomóc swym majątkiem czy wpływami, ale wspierali je nauczaniem, modlitwą i gorliwością. Jak zauważa Chryzostom, nic im nie stanęło na przeszkodzie, by mogli się w to angażować: ani wychowanie dzieci, ani prowadzenie gospodarstwa, ani praca zawodowa. Apollosa nawrócili w ten sposób, że „zabrali go ze sobą” – a więc do swego domu – i tam „wyłożyli mu dokładnie drogę Bożą” (Dz 18,26).
Rodzina może więc rozwijać znaczącą działalność ewangelizacyjną, którą prowadzi zarówno na zewnątrz swej wspólnoty, jak i wewnątrz niej. Przyciąga do wiary bądź ją umacnia tak przez nauczanie, jak przez styl życia. Było to przede wszystkim zadanie męża i ojca. Niekiedy jednak kobiety były bardziej aktywne i zaangażowane. Dlatego – jak zwraca uwagę Jan Chryzostom - Paweł Apostoł w Liście do Rzymian najpierw pozdrowił Pryscyllę, a na drugim miejscu jej męża Akwilę. Ona bowiem przejawiała większą gorliwość i zapał. Zresztą, kobiety czasów apostolskich – przypominał kaznodzieja – podejmowały współpracę z Apostołami. Dlatego Paweł wspomina je wielokrotnie: w Liście do Rzymian pozdrawiał „Tryfenę i Tryfozę, które trudzą się w Panu”, a także „umiłowaną Persydę, która wiele trudu poniosła w Panu” (Rz 16,12).
Wprawdzie Apostoł zakazywał kobiecie nauczania (zob. 1 Tm 2,12), ale chodziło jedynie o przemawianie do ludu w czasie zgromadzeń. Natomiast ma ona obowiązek udzielania osobistych porad, zachęt i pouczeń, zwłaszcza jeśli mąż pozostaje w błędzie lub ma kłopoty z wiarą. Wtedy – powtarza Jan Chryzostom za św. Pawłem – „uświęca się (...) mąż niewierzący dzięki swej żonie” (1 Kor 7,14). Żona zbawi swego męża, gdy go poucza, objaśnia mu prawdy Boże i prowadzi go do wiary. Tak więc dom jest także miejscem wzajemnego pouczenia i rozwoju wiary.
Rodziny chrześcijańskie w czasach apostolskich przejawiały jeszcze jedną cechę, która je upodobniała do Kościoła. Gdy Paweł pozdrawiał „Kościół w domu” Filemona (Flm 1,2), miał na myśli nie tylko właścicieli domu, ale całą rodzinę, a więc także sługi i niewolników. Wtedy bowiem można mówić o prawdziwym Kościele, gdy gromadzi on wszystkich, bez względu na podziały i różnice społeczne oraz narodowościowe. „Zgromadzenie kościelne (Ekklesia) nie zna różnicy między panem i niewolnikiem, określając jednych i drugich tylko na podstawie dobrych i złych uczynków” (Homilia na List do Filemona, 1,1).
Zatem w domach Pryscylli i Akwili, Filemona i innych chrześcijan gromadził się Kościół. W rzeczywistości on istniał w tych rodzinach. One go tworzyły i dzięki nim on się ujawniał. Można było w nich rozpoznać jego cechy, oddychać atmosferą pobożności, otwartości i ducha ewangelizacyjnego właściwego dla Kościoła.
Język grecki lubi używać przydawki w formie rzeczownikowej. Dlatego Paweł Apostoł stosuje określenie: „Kościół w domu”. Można je rozumieć: Kościół, który „się gromadzi”, „zbiera” w domu, albo po prostu w nim „istnieje”. Tak rozumieli je łacińscy tłumacze Biblii. Wulgata bowiem przekłada to wyrażenie jako „Kościół domowy” (Ecclesia domestica). Oznacza ono przede wszystkim rodziny czasów apostolskich, które były znaczącymi ośrodkami życia chrześcijańskiego. Może jednak odnosić się także do rodzin żyjących w każdej epoce.
„Mały Kościół”
Jan Chryzostom wskazywał na analogię między rodziną i Kościołem również wtedy, gdy mówił o teologii małżeństwa. Szedł w swej nauce za św. Pawłem, według którego małżeństwo jest obrazem ścisłej, wyłącznej i trwałej jedności, jaka istnieje między Chrystusem i Kościołem.
Ta jedność – w pojęciu Chryzostoma – ogarnia także całą rodzinę. To prawda, że wyrażenie: „I będą oboje jednym ciałem” (Mt 19,5) dotyczy głównie męża i żony. Obejmuje jednak też dziecko, które stanowi umocnienie więzi między nimi. „Ciałem jest ojciec, matka i dziecko zrodzone z połączenia obojga (...) i tak troje są jednym ciałem” (Homilia 20 na List do Efezjan 4).
W podobnym duchu w końcu II wieku Klemens Aleksandryjski interpretował słowa Jezusa: „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18,20). Odnosił je do całej rodziny. Dwoje zebranych w imię Pana – to małżeństwo, w którym kobieta zostaje połączona specjalnym węzłem z mężczyzną – jak wyjaśniał – „z woli Bożej”. A trzej zebrani w imię Pana? Czy nie należy przez to rozumieć „trojga: mężczyzny, kobiety i dziecka”? – pytał retoryczne Klemens (Kobierce, 3,10,68,1). Przyjęcie potomstwa dokonuje się także z woli Boga.
Chrześcijańska rodzina zatem jest zawsze zebrana w imię Chrystusa, nie tylko wtedy, gdy się modli, ale również przez sam fakt sakramentu małżeństwa oraz posiadania dzieci. Rodzina staje się miejscem, gdzie rodzice wraz z dziećmi są zebrani w imię Pana i gdzie On jest obecny pośród nich.
W tym wyraża się jej podobieństwo do Kościoła, którego istota sprowadza się nie tylko do zgromadzenia się wiernych, ale przede wszystkim do obecności Chrystusa zmartwychwstałego pośród nich.
Z tej jedności rodziny wypływa obowiązek wzajemnej miłości, ale także umacniania się w wierze. Jest to obowiązek, który spoczywa na rodzicach. Mąż wywiązuje się z niego, jeżeli pomaga swej żonie i dzieciom w rozwoju wiary. W ten sposób pokazuje, że jest prawdziwym ojcem i kieruje domem. Podobnie biskup, gdy naucza, pokazuje, że przewodzi Kościołowi. W tym kontekście Chryzostom podaje sławne uzasadnienie konieczności nauczania w domu: „Rodzina bowiem jest małym Kościołem” (Homilia 20 na List do Efezjan 5).
Określenie to wskazuje, że rodzina jest ustanowiona po to, aby jej członkowie podejmowali różne role, analogiczne do duchowego i strukturalnego porządku, jaki istnieje w Kościele. Rola głowy rodziny wynika z obrazu Kościoła, którego Głową jest Chrystus, a zadanie nauczycielskie głowy rodziny jest analogiczne do roli biskupa we wspólnocie.
Rodzina pozostaje jednak tylko „małym Kościołem”. Nie jest bowiem równoznaczna z Kościołem lokalnym czy powszechnym. Można w niej jedynie odkrywać cechy analogiczne. Niemniej jest ona prawdziwym Kościołem. Nie dlatego, że istnieją w niej w sposób bezpośredni i mechaniczny wszystkie przymioty „wielkiego Kościoła”, ale raczej dlatego, że tworzy ją wspólnota osób wynikająca z wzajemnej miłości jej członków oraz z modlitwy wspólnie zanoszonej do Boga. Rodzina stanowi „Kościół domowy” przez sam fakt uczestnictwa w życiu „wielkiego Kościoła”.

„Uczyń swój dom Kościołem”

Św. Jan Chryzostom nie wahał się odnosić do rodziny także samej nazwy „Kościół”. Przykładem są jego homilie o Księdze Rodzaju, w których – przy okazji wyjaśniania opisu stworzenia mężczyzny i kobiety – wykładał teologię małżeństwa i rodziny.
Kończąc homilię, którą głosił pod wieczór, zachęcał wiernych, by po powrocie do domu „zastawili podwójny stół: jeden pokarmów, drugi świętego czytania”. Ponieważ w nabożeństwie uczestniczyli głównie mężczyźni, oni zatem mieli powtórzyć usłyszaną naukę domownikom: żonie, dzieciom, a również sługom.
Jan zachęcał ich wprost: „Uczyń swój dom Kościołem”. I wyjaśniał: „Jesteś bowiem odpowiedzialny za zbawienie dzieci i sług. Jak ja jestem odpowiedzialny za was, tak każdy z was odpowiada za swe sługi, za żonę i za dziecko” (Homilie o Księdze Rodzaju, 6,2).
Ojciec rodziny przyjmuje w swojej rodzinie rolę, jaką we wspólnocie kościelnej ma prezbiter lub biskup. Ma w domu zorganizować „stół czytań”, aby kształtować wiarę swych domowników. Zresztą, lektura Pisma Świętego oraz religijna rozmowa ma znaczenie nie tylko religijne - wyjaśniał Chryzostom. Gdy bowiem wieczór zajmą miłe i pożyteczne dyskusje w rodzinie, wtedy też noc będzie spokojna. To bowiem, o czym mówimy za dnia, pozostaje w świadomości także podczas snu. Warto zatem zawsze pilnie słuchać tego, co się mówi w kościele, nie pozwolić na rozproszenia uwagi, ale zachować wszystko w pamięci, by samemu odnieść pożytek i by następnie przekazać naukę swoim domownikom.
Mowa Jana podobała się słuchaczom. Następnego dnia kaznodzieja nawiązał do ich reakcji: „Gdy wczoraj powiedziałem, by każdy z was uczynił swój dom Kościołem, zareagowaliście głośno, pokazując wyraźnie, jaką radość sprawiły powiedziane słowa”. Kaznodzieja cieszył się także, że dobrze zostały przyjęte jego słowa o przygotowaniu w domu podwójnego stołu: pokarmów i nauczania: „Wiem, że to uczyniliście i byliście uczestnikami jednego i drugiego stołu” (Homilie o Księdze Rodzaju, 7,1).
Wezwanie: „Uczyń swój dom Kościołem” Chryzostom powtarzał przy innych okazjach. Gdy głosił homilie o psalmach, zachęcał, by te piękne modlitwy odmawiać nie tylko podczas oficjalnej liturgii, ale także w domach, przy pracy i w innych okolicznościach. Polecał, by całą swą rodzinę nauczyć śpiewu psalmów i modlić się razem z nią w tym również z dziećmi. „A zwłaszcza w jadalni” – dodawał. Tam bowiem należy „uzbroić się tarczą psalmów” przed i po posiłku, aby spożywać go w dobrej atmosferze, a także, by zachować umiar w jedzeniu. Natomiast po śpiewie psalmów należy dodać modlitwę, „aby wraz z duszą uświęcać też dom”. W modlitwie wzywamy bowiem Chrystusa: gdzie zaś On jest, nie ma dostępu szatan, przychodzi natomiast „pokój, miłość i jakby ze źródła wytryskują wszystkie dobra”. W ten sposób można każdego dnia oddawać cześć Bogu.
Zachętę do codziennej, wspólnej modlitwy w rodzinie Chryzostom podsumował stwierdzeniem: „Uczyń swój dom Kościołem. Nikt bowiem się nie pomyli, kto nazwie Kościołem zgromadzenie, w którym jest śpiew psalmów, modlitwa i pobożny duch śpiewających” (Wykład o Psalmach, 41,2).
Rodzina zatem przedłuża modlitwę i czytanie słowa Bożego, jakie dokonują się w Kościele. Chodzi nie tylko o śpiewanie psalmów przy stole, przed i po posiłku, ale też o lekturę Pisma Świętego, której towarzyszy wspólna modlitwa. W ten sposób rodzina tworzy jakby własną liturgię i uświęca swoją codzienność. Buduje Kościół we własnej wspólnocie i tym Kościołem się staje.
Także św. Augustyn porównywał ojców rodzin do biskupów, którzy troszczą się o rozwój wiary w swoim domu (Mowa, 94). Znał też określenie „Kościół domowy”, które – w Wulgacie – odnosiło się do rodzin okresu apostolskiego. Teraz odnosił je do rodzin żyjących w jego czasach. W liście do Doroteusza, którego cenił za jego chrześcijańską postawę, ale również za religijną atmosferę, jaką stworzył w swej rodzinie, pisał: „Wiem, jak bardzo kochasz Chrystusa i że cały twój dom jest Jego rodziną i, jak mówi Apostoł, «Kościołem domowym» (domestica Ecclesia); wszyscy, którzy cię znamy, wiemy, jak bardzo pragniesz, aby w twoich posiadłościach przynosiło owoce i wzrastało posiadanie Chrystusa” (List, 14).
Kościół istniał nie tylko w domu Pryscylli i Akwili, a więc nie tylko w okresie apostolskim, gdy nie istniały specjalne budowle przeznaczone na liturgię. Także w czasach Jana Chryzostoma i Augustyna, gdy istniały już wielkie bazyliki chrześcijańskie, w których gromadzono się na liturgii, rodziny pozostawały oazami modlitwy i obecności Chrystusa. Dlatego można je również nazywać „Kościołem domowym” albo po prostu „Kościołem”.
Ks. Józef Naumowicz
- (ur. 1956), patrolog, kierownik Katedry Historii Literatury Wczesnochrześcijańskiej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i wykładowca w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Ostatnio opublikował m.in. książkę: Dwie są drogi. Przewodnik wczesnochrześcijański.
 Źródło     /pogrubienia moje/