Przeskocz do treści

5

Mam w kawałku chyba napisane 3 wpisy 😀
Jeden o Pierwszej Komunii Marceliny, drugi o tym czego potrzebuje a co powinnam, a trzeci to już nie pamiętam 😉 Zatem piszę nowy z nadzieją, że ujrzy światło blogowe... hehehe.. albo inaczej pokryje się kurzem jak inne 😉
Nie będę pisać, że się ogarniam życiowo - organizacyjnie, bo jak tylko o tym pomyślę to dzieją się nieprzewidziane sytuacje, które zabierają dużo mojego czasu i energii. Czasem, nawet dość często, zastanawiam się czy je jeszcze tą energię mam, bo wydaje mi się, że na oparach jadę. Jednak życie pokazuje mi, że mam spore te opary, bo jeszcze silnik mi się nie wyłączył 😉

Życie pokazuje, że się ogarniam ino już już nie mam na dalsze ogarnianie. Mam taki poziom zmęczenia, że nawet książek przez ostatnie 2 albo 3 miesiące nie ruszałam. Liczę teraz na powolne zmiany, na razie wystarcza mi hamak i patrzenie/słuchanie przyrody.

Wypadałoby jakąś aktualizację przedstawić, tudzież jeszcze retrospekcję ostatnich miesięcy. Nadal mam tego samego męża, te same dzieci, stado kotów zmniejszyło swą liczebność, rodzina jeży się za to powiększy na dniach (albo już się powiększyła, w każdym razie Pani Jeżowa ma niezłe gabaryty ;-)), lis na zjadł trochę kur, a i rybek trochę więcej 😉

Luty

Jejku jak to dawno było! W jakiejś innej epoce 😉

W lutym to był czas zagospodarowania poddasza, ustawiania, przestawiania i otrzymania świetnej kanapy z fotelem (dzięki EM!). Zakochana w jej kolorystyce i kwiatach jestem do dziś, jakby była szyta dla nas 🙂

 

Aaaaaa! w lutym skręcałam meble do kuchni - cały luty! Jestem bohaterką! 😉 Udało mi się, choć zajęło mi to multum czasu, gdyż tych mebli był sporo. Jednocześnie Filip robił dalej łazienkę na poddaszu i malował kuchnię 🙂

Marzec

Nadal jesteśmy bez kuchni, ja dostaję rozstroju nerwowego z powodu bałaganu i wszędobylskiego kurzu. Jest jednak postęp, bo meble wkraczają na właściwe miejsce, dochodzą sprzęty AGD i stoimy.... czekamy bowiem na kran, który zamiast iść tydzień szedł miesiąc 😉

Oczywiście od lutego w tak zwanym międzyczasie ruszają prace ogrodowe, lis zdążył porwać 8 kur i trwają zintensyfikowane przygotowania do egzaminu kończącego klasę II w edukacji domowej.

Kwiecień

Pierwszy tydzień to był czasowy armagedon - 3 x urodziny, egzaminy we Wrocławiu, koncert w filharmonii Marceliny, i Niedziela Palmowa + normalne zajęcia.

w drodze na egzamin

Miał być jeszcze zakładany blat, ale ze względu na cenę, która nas pokonała, musieliśmy tydzień czekać na inny. Zatem święta mieliśmy bez blatu, ale wszystko się udało, bo w końcu generalnie Wielki Tydzień i tak najważniejsze dzieje się w kościele i przy dużym stole podczas modlitwy, a nie w kuchni 😉

Ten kran - potfiller - nad kuchenką jest genialny! Polecam, bardzo ułatwia życie 🙂

Józek za to ma do dziś żal, że urodzin nie miał w domu tylko jakby przy okazji.

Po świętach dostaliśmy blat i życie nabrało jeszcze większego tempa, bo za miesiąc miała odbyć się Pierwsza Komunia M. z obiadem w domu.

Udało nam się wybrać przy okazji do pałacu w Zaborze. Pięknie tam i bardzo urokliwie.

Wracając do egzaminu kończącego II klasę, wszystko zaliczyliśmy jednego dnia czyli egzamin pisemny i ustny z przedmiotów ogólnych oraz ustny z jęz. angielskiego. Marcelinie najbardziej podobał się egzamin ustny z przedmiotów ogólnych, mnie najbardziej stresował z angielskiego. Ale poszło ok, choć świadectwa jeszcze nie widziałam 😉

Maj

Do dnia Pierwszej Komunii to był bieg z przeszkodami 😉 W międzyczasie pożegnałam swojego 17letniego psa - Azę. Marcelina była na swym pierwszym rajdzie harcerskim, miała popis w szkole muzycznej, dużo prób przedkomunijnych i jeszcze więcej sprzątania w domu i kościele.

Komunijny wpis skończę to podzielę większą refleksją 🙂

Biały Tydzień to było jak złapanie oddechu i prawdziwe świętowanie.

Nawet udało nam się załapać do Muzeum Archeologicznego w Świdnicy. I dość intensywnie M. przygotowywała się do egzaminu końcowego klasy III w szkole muzycznej. Zdała, lepiej niż półroczny 🙂

Czerwiec

Czerwiec to w pierwszym tygodniu czas na czytanie głośne książek (co ostatnio zaniedbaliśmy), basen podwórkowy urodziny Marceliny i przygotowanie do wesela 🙂

W Boże Ciało po raz pierwszy od nie wiem kiedy, a może od zawsze, nie byłam na procesji tylko Mszy ślubnej, a potem na weselu obiadowo - ogródkowym 🙂 Pięknie było! Moja siostra ostatnią córkę wydawała za mąż 🙂

Zaraz po, w sobotę wcześnie rano, pojechaliśmy z pielgrzymką na Jasną Górę. Chciałam moim dzieciom pokazać, że inne dzieci też modlą się na różańcu, że jest ich więcej. Było bowiem wtedy spotkanie Podwórkowych Kółek Różańcowych Dzieci. Tylko... pomyliłam dni 😀 Spotkanie było zamiast w sobotę - w niedzielę. Przyszliśmy więc pod wały w niedzielę na to spotkanie i koncert Arki Noego. Nie wiem kto lepiej znał ich piosenki ja czy moje dzieci 😉

Końcem czerwca zachorowała moja Mama i to na tyle poważnie, że przez 3 dni się z nią żegnałam, bo wydawało się, że już odchodzi. Jednak przeżyła i powoli dochodzi do siebie, jest jeszcze dość mocno osłabiona, ale do przodu 🙂

Lipiec

Nie wiem nawet kiedy zaczął się lipiec. Dziś ze zdumieniem stwierdziłam, że jest siódmy. Cały kolejny tydzień był mocno intensywny towarzysko, dość niespodziewanie.

M. zaczęła dłubać nożem 😉

W niedzielę Marcela wyjeżdża na swój kolejny obóz zuchowy. Umówiłam się z siostrą, że na dwa dni sprzedam jej chłopaków i zamierzam zamarynować się w domu 🙂 Oby się udało! Bardzo potrzebuję takiego czasu tylko dla siebie i z sobą. Generalnie mam plan cały tydzień wyciszyć się, wyłączyć z dyspozycyjności dla innych. Nie wiem czy wyjdzie, ale bardzo tego potrzebuję dla własnego zdrowia psychicznego i emocjonalnego.

Ważne!

Bardzo Was proszę o modlitwę za Polly, jest jej ogromnie potrzebna!

 

 

4

Co będzie prawdziwa przeplatanka wiosenna. Nawet sobie nie uzmysławiałam jak bardzo dawno nie pisałam, jak bardzo daleko muszę cofnąć się w czasie. Dobrze, że są zdjęcia i jeszcze zmieszczę się w okresie wiosennym 😉

Marzec

W marcu jak w  garncu 😉 Byliśmy jeszcze na kwarantannie, więc sporo było on-line.

Zimno mnie sparaliżowało, ogrodowo się uwsteczniłam, bo z różnych przyczyn nie udało mi się prawie nic zrobić w ogrodzie. Za to wyposażyłam się w odpowiednie produkty i zaczęłam sama robić kefir, kombucze oraz sery.

Kefir robi się prawie sam dzięki grzybkowi tybetańskiemu. Grzybek nabyłam, już go raz podzieliłam i podałam dalej. Przepis jest prosty, trzeba codziennie zlać kefir, opłukać grzybek, włożyć do słoika i zalać ponownie mlekiem [Olga ma taki przepis]. Prosto i smacznie 🙂

Kombucza jest równie prosta, ale na razie eksperymentuję z herbatami i za każdym razem mam co innego 🙂 Kombucha to fermentowany napój z herbaty, cukru i grzybka herbacianego. Robiłam na początek z przepisu Olgi. Czekam na truskawki i chcę z nimi spróbować 🙂

Sery. To dopiero przygoda! Na razie za mną ser pleśniowy i twaróg. Nie jest to trudne, wymaga 'tylko' czasu i cierpliwości. Czasu będę mieć więcej jak wyjdę na prostą z ogrodem to i wtedy do nich wrócę 🙂

Życie ma też oblicze edukacyjno - plastyczno - zuchowe 😉

Ostatnio nam dość dobrze idzie regularność w realizacji różnych pomysłów i zadań. Najbardziej pilnuję codziennego ćwiczenia na instrumencie, czytania, pisania i liczenia, reszta jest niecodziennie 🙂

Nieodmiennie polecam katechezy Bractwa, są świetną pomocą i okazją do różnych rozmów.

Na szczęście większość zajęć czyli w domu kultury i zuchach ma w realu ( z krótką przerwą okołoświąteczną), więc ma okazję do spotkań z koleżankami.

przeplatanka wiosenna

Kwiecień

Nasz Wielki Tydzień w zasadzie nie różnił się od wcześniejszych. Brakowało tylko święcenia pokarmów, ale to akurat dość mało istotna kwestia. Byliśmy na liturgiach w kościele. Udało nam się na wyrywki też być na Adoracji Krzyża/Bożego Grobu.

Zastanawiam się czy moje dzieci kiedyś zobaczą jeszcze całe bogactwo tych Liturgii, w pełnym zakresie. Jak bardzo zostaliśmy ograbieni. Niemniej jest też we mnie wiele wdzięczności, że możemy być i korzystać.

W domu zorganizowaliśmy domowe centrum na stole. Wraz z zegarem męki Pańskiej dochodziły kolejne elementy. Podczas przebywania Pana Jezusa w ciemnicy było zdjęcie Pana Jezusa z Całunu Turyńskiego, później dołożyliśmy gwoździe, o 15.00 w Wielki Piątek krzyż. W Wielką Sobotę była tylko świeca.

Baranki zrobione z masła przez Józka i Marcelinę 🙂

Po świętach to był czas na ogród, wtedy kiedy pogoda pozwalała. Każdy miał swoje obowiązki i zadania, ale i tak mam tyły. Nie mogę nadrobić prac, bo w marcu prawie nic nie zostało zrobione. Ale wychodzę na prostą, jeszcze dwie rabaty i będę mogła zacząć od początku 😉

Pozimowy nowy koci przybłęda, ma ksywę Krzywy Ryj ;_)

Pięciolatek

Józek stał się pięciolatkiem. Pamiętam jak pojawił się na świecie 🙂

Jest rezolutny, pełen poczucia humoru, z dystansem do świata, z koniecznym 'jego na wierzchu', zaczepny, czasem nieposłuszny, troskliwy, opiekuńczy, z sercem na dłoni, pracowity, uparty - uwielbiam go! I chce zostać rycerzem 🙂

Kąpiele błotne u nas w modzie 😉

Przeplatanki ciąg dalszy...

Przeplatanki wiosennej jest ciąg dalszy. Wydarzyło się jeszcze mnóstwo innych rzeczy, imprez, imienin i urodzin - ale mam dziurę w głowie 🙂

W tak zwanym międzyczasie sprzątamy dom rodzinny, a uporządkować ponad 60 lat życia rodziny to jest wyczyn!

I pokazuję go oglądającym. Raz nawet już prawie sprzedałam, ale Pani po umówieniu notariusza się wycofała. Szkoda, bo myślałam, że będzie sprawa już zakończona.

Niemniej taka definitywność końca czyli decyzji o sprzedaży była dla mnie ogromnym przeżyciem emocjonalnym. Mimo, iż mam przekonanie o słuszności podjętej decyzji. Jeszcze pewnie niejedne łzy polecą!

Wiosna w pełni otwarta, bo przyleciał ostatni element wiosny czyli jaskółki. Uwielbiam życie zgodne z porami roku z naturą, z przyrodą. To czysta przyjemność mieszkać na wsi i cieszyć się z dostrzegania najmniejszych elementów budzącego się życia. W mieście mimo wyciągania głowy do góry było to znacznie utrudnione.

Dziś niedziela. To prawdziwa radość móc ją świętować, rodziną i przyrodą. Ostatnio mi się zdarza coraz częściej, by nie powiedzieć codziennie, siadać w hamaku pod budzącymi się do życia drzewami. Wsłuchiwać się w śpiew ptaków, brzęczące owady, obserwować wędrówki biedronek czy mrówek. I najważniejsza rzecz! To wszystko w ciszy 🙂 Choć zazwyczaj po 10 minutach i tak mnie znajdują 😉

Czuję że jest to moje ładowanie akumulatorów. Moje ładowanie zasobów. Odbudowa cierpliwości. Fajnie jest odnajdywać takie TYLKO swoje 5 minut, by złapać oddech.

Wracając do tematu że wiosna w pełni otwarta. Wracam do ogródka. O dziwo naprawdę o dziwo jestem w miarę na bieżąco! Jutro skończę przygotowywać w szklarni posadzę pomidory.