Przeskocz do treści

67

Zbieram się i zbieram by napisać, ale natchnienia brak 😉

Taką uwagę zrobię ogólną do całości, że przez te kilka dni czułam i widziałam jak Pan Bóg się o mnie troszczy czasem nawet w bardzo prostych rzeczach jak np. spotkanie konkretnej osoby, osobny pokój, czyjaś życzliwość. Czułam modlitwę, która w jakiś przedziwny sposób mnie niosła, chroniła i dawała ogromny POKÓJ. Ogromny wewnętrzny pokój to chyba było to co mnie najbardziej zaskoczyło przez cały okres porodu i po porodzie.

Zatem moja historia porodowa zaczęła się z czwartku na piątek o 1.15 odpłynięciem wód. I to jest dla mnie hit porodu, ponieważ pół ciąży zastawiałam się co ja zrobię jak nie zauważę ich wypłynięcia. A tu dość, że zauważyłam to 3 minuty przed wiedziałam, że właśnie za chwilę pęknie mi pęcherz 😉  Zabawnie było jak obudziłam Onego i mówię, że wody idą, by szybko przyniósł ręczniki. A on wyskoczył jak oparzony z łóżka i pyta się jakie wody!!?? Zaczęłam się śmiać i jeszcze szybciej  wody leciały 😉 Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości jak ja to uprzejmie donoszę, że NIE DA się nie zauważyć odpłynięcia wód.
Przed porodem zarzekałam się, że do szpitala pojadę jak będę mieć skurcze co 5 minut. A pojechałam 2 godziny po wypłynięciu wód z pojawiającymi się coraz częściej bólami krzyżowymi i skurczami. [tu będzie punkt do poprawki przy następnym porodzie, bo żałowałam później że nie zrobiłam jak planowałam ;-)].
Przyjęto mnie, zaprowadzono do sali porodowej i .... poszliśmy spać 🙂
O 10 lekarz stwierdził, że skurcze za słabe i idę na patologię ciąży czekać na skurcze właściwe. To poszłam. Tylko, że one wcale nie zwiększały swej intensywności i czekałam, czekałam...
Za to całą noc z piątku na sobotę męczyły mnie skurcze i bóle krzyżowe [i współczułam wszystkim kobietom wcześniejszym, które musiały cierpieć i rodzić na leżąco]. W sumie więc nie pospałam kolejnej nocy, bo nie dało rady.
W sobotę rano lekarz zawitał, zaprosił na badanie i stwierdził 2 cm rozwarcia. Zaprosił mnie do porodu z oksytocyną. Więc grzecznie powiedziałam, że jej nie chcę, że chcę naturalnie bez wspomagaczy. No to otrzymałam cała tyradę o braku odpowiedzialności, że to ogromne zagrożenie dla dziecka, bo już 1,5 doby bez wód itd. Wysłuchałam grzecznie, powiedziałam że jestem świadoma ale nie zgadzam się na oksytocynę. Zdenerwował się, bo zdążył już zapisać pół strony w karcie i mu szyki popsułam, dopisał kolejne ileś wierszy i kazał podpisać. Co uczyniłam i poszłam.
W tym samym czasie na oddział 'przypadkiem' przyszła położna z którą miałam rodzić i namówiła mnie na badanie, bo nie potrafiłam jej odpowiedzieć na pytanie o szyjkę. Zbadała mnie i stwierdziła, że jest dobre 4 cm rozwarcia i szyjka przygotowana do porodu. Namówiła mnie bym jednak poszła na tą salę porodową, żeby poużywać piłki, różnej aktywności itd. No to się zgodziłam. Spakowałam manatki, zadzwoniłam po Onego i znalazłam się na porodówce. Faktycznie aktywność po niedługim czasie zaczęła powodować, że skurcze miałam intensywniejsze i częstsze. Najlepiej było mi na piłce z masażem krzyża przez Onego, będę go za to wychwalać bez końca. Pamiętam, że przez jakiś czas fajnie nam się rozmawiało, a w pewnym momencie czułam się trochę jak w transie przypływam - odpływałam. I nawet zdarzało mi się wtedy myśleć, że przecież to miało być jeszcze trudniejsze. W tym samym czasie czasowo też już nie ogarniałam. Położna mnie zbadała i stwierdziła 9 cm rozwarcia. Nie mogłam uwierzyć, że niedługo finał.
Po niedługim czasie (tak mi się wydawało) zaczęły się parte. W pewnym momencie pomiędzy falami tych skurczy coś było nie tak, bo nie miałam chwili na 'złapanie oddechu', bo mnie bardzo bolało na dole.
Zmieniałyśmy miejsca, bo może gdzieś byłoby mi lepiej przeć [miejsce takie znalazłam i chcę tam spróbować następnym razem ;-)], tylko nie było efektu. Trwało to chyba z 1,5 godziny (chyba bo tak na oko sobie policzyłam). Zjawili się lekarze, jeden mnie zbadał i stwierdził niewspółmierność porodową, że do cesarskiego cięcia. Jakoś nie było we mnie buntu czy strachu, się zgodziłam i akcja cc się zaczęła. Szczegółów oszczędzę, ale na urwał mi się film. Marcelina urodziła się o 16.57 w sobotę 🙂
Na sali poporodowej od razu poprosiłam o położenie Marceliny przy mnie i zabrałam się za karmienie. Dobrze, że tylko głową ruszać nie mogłam, bo ręce się przydały i Młoda od razu jadła 🙂 No i już jej nie oddałam ze swego łóżka szpitalnego 🙂

CDN 😉

 

 

35

 

Marcelina narodziła się w sobotę - 15.06.2013r. 

Ma cudne długaśne kudziołki, je non stop, a jak nie je to śpi, a w przerwach w zależności od potrzeb i humoru jest albo ryk, albo rozglądanie się wokoło 😉

Powyższe zdjęcie jeszcze ze szpitala robione komórką, więc wybaczcie jakość. Chciałam zamieścić już info wcześniej, ale nie umiem 😉

Dziś popołudniem wróciłyśmy do domu, a jutro postaram się napisać więcej 🙂

43

Już nudne robi się to czekanie, bo czekamy nadal 😉
Zatem dziś nic o czekaniu nie będzie. Będzie o naszej pierwszej wizycie w naszej, nowej, przyszłej siedzibie, bez towarzystwa dodatkowego, połączonej z zaglądaniem do wszystkich kątów i zakamarków.
Pracę przy domu i ogrodzie mamy zapewnioną, nudy nie będzie. Roboty podstawowej sporo i nie wiem czy zdążymy do zimy. Najpierw myśleliśmy, że tak,
ale dziś po dokładnych oględzinach nie wiemy, bo wszystko zależy od stanu rogu jednej ze ścian. Myślę, że wszystko powinno się wyjaśnić do końca czerwca. Zapał mamy, więc jest nadzieja.
Formalnie jeszcze tylko energetyka nam została do przepisania, a tak już wszystkie papierki mamy. Jesteśmy pełnoprawnymi właścicielami, choć trudno nam samym w to uwierzyć 🙂

Poziom zagracenia pomieszczeń stodoły okazał się dużo mniejszy od naszych przewidywań. Nie ma jakiś wielkich rzeczy do wyrzucenia, trochę starych śmieci, które się posprząta i będzie ok. A tym się trochę martwiliśmy, bo nam się wydawało, że sporo śmieci, starych gratów i innych niepotrzebnych rzeczy będzie.

Trawa i chwasty wyrosły przez miesiąc do pasa! Masakra jakaś!
Dziki bez kwitnie jak oszalały. Znalazłam kilka fajnych krzaczków ozdobnych, kwiatów, róż... ciekawa jestem tym co za stodołą, bo niestety przez zarośla nie dotarłam tam.
Ony ma pierwsze zadanie - wykosić te chaszcze 😉
I ptaki przecudnie świergolą. I pięknie pachnie... ehh zakochałam się 🙂