Mnie naszły ostatnio myśli o słuchaniu.
Fakt,
że było to przy rozważaniu Słowa Bożego, ale pomyślałam o szerszym
kontekście, jak to się ma do mojego codziennego życia...
Nie
tylko czy słucham Boga, ale też czy słucham siebie? Czy słucham mego
męża, czy słucham mamę gdy rozmawiam z nią przez telefon albo koleżankę w
pracy? Czy jestem otwarta na to by słuchać w ogóle?
Czy
jak czytam Was na blogach czy jak rozmawiam z Wami osobiście to czy
skupiam się na tym i słucham? Czy tylko pobieżnie przebiegnę i 'lecę'
dalej?
Czy słucham tego jak żyje mój dom, jakie są w nim odgłosy?
Czy żyję tu i teraz, w tej chwili?
Czy
raczej wybiegam nieustannie do przodu, zamartwiam się tym co będzie
albo żyję wspomnieniami, tym co już się wydarzyło nawet wczorajszego
dnia?
A
przecież dzień wczorajszy nie ma już znaczenia, bo odszedł. Dzień
jutrzejszy też nie ma znaczenia, bo nie wiem jaki będzie, nie co się
wydarzy.
Powiedziałam sobie basta!
I
uczę się na nowo słuchania swego serca, swego męża, tych którzy są
wokół mnie. Zaczęłam słuchać swego domu, jaki ma rytm, czym w danym
momencie żyje.
Weszłam do swego serca, zobaczyłam siebie i świat wokół siebie zupełnie z innej perspektywy. Powoli odnajduję odpowiedzi na pytania, które we mnie są i dostrzegam więcej...